an woed

Salagas

    Mam nadzieję że stara chabeta doniesie mnie do wioski jeszcze przed zmrokiem. Nadanie imienia tak kiepskiej klaczy wydawało mi się zbytkiem przywiązania. Zdenerwowany po raz kolejny spojrzałem w niebo, jakby spodziewając się cudownej zmiany pogody.

        - Cholera. – zakląłem, widząc kłębiące się, gęste chmury.

    Zachmurzone niebo nie dawało szans na jazdę po zmroku, w dodatku w każdej chwili mógł lunąć deszcz. Może dzięki wiedźmińskiemu wzrokowi, po ciemku bym sobie poradził ale chabeta połamie się na pierwszym lepszym występie, a nie uśmiecha mi się perspektywa kontynuowania podróży na pieszo. Lecz również nie uśmiecha mi się perspektywa kolejnej nocy pod gołym niebem w czasie pierwszych przymrozków.

    Słońce chyliło się ku horyzontowi i już pogodziłem się z myślą o kolejnej „cudownej nocy”, gdy usłyszałem odległy odgłos ujadania psów. Mimo zapadającej coraz głębszej ciemności w oddali spostrzegłem cienkie stróżki dymu wznoszące się w powietrze i postanowiłem jechać dalej. Wioska Anwoed była już o krok.

 

 

*  *  *

 

 

    Z radością przywitałem widok starej drewnianej budowli nazywanej w Anwoed karczmą. Na szczęście zdążyłem i przed zmrokiem i przed deszczem. Na zewnątrz panowała burza. Co kilka chwil zacienione wnętrze karczmy rozjaśniał błysk piorunów. Ciepły posiłek rozgrzał mnie, a kufel piwa poprawił humor. Oczywiście ława na której spoczywałem pozostawała pusta i to mi odpowiadało. Co odważniejsi, którzy widać nie bali się przewieszonego przez plecy miecza, szybko rezygnowali z mojego towarzystwa napotykając przenikliwe spojrzenie wiedźmińskiego wzroku. Zapewne nawet tutaj doszły plotki o mężnych zabójcach potworów o kocich oczach… albo raczej o przeklętych mutantach o kocich oczach. A mam to do siebie że nigdy ich nie kryję w kroku kaptura. Byłem zadowolony z wszystkiego co dała mi próba traw. Z wszystkiego co różniło mnie od zwykłych ludzi.
Z pogardą spojrzałem na zgromadzoną w karczmie gawiedź. Są tak mali i naiwni, pochopni i bezmyślni. Głupcy bez celu w życiu. Przepełnieni tak bezsensownymi uczuciami jak miłość czy strach, każdego dnia drżą o przyszłość swojego bezsensownego życia.
Gdy byłem niemowlęciem ktoś im podobny porzucił mnie w rynsztoku. Skazał na pewną śmierć. Ale zdarzył się cud. W tym samym rynsztoku panoszył się egzul i to jego obecność uratowała mi życie. Co za ironia losu. Wiedźmin który zjawił się by zabić zegzula przygarnia ludzkie dziecko. A mówią że to my jesteśmy pozbawieni uczuć, nieludzcy i bez sumienia…

        - Witaj. Nazywam się Gwido i jestem wójtem tej wioski. – z zamyślenia wyrwał mnie głos stojącego obok starszego mężczyzny.

Powoli zmierzyłem go wzrokiem., po czym popatrzyłem prosto w oczy. Tak jak się spodziewałem wójt natychmiast odwrócił wzrok, wyraźnie zmieszany - jak ja to lubię.

        - Pewnie interesuje cię czego szuka w twojej wiosce uzbrojony człowiek – rzekłem cicho.

Mężczyzna musiał się zbliżyć by usłyszeć co mówię jednak zaproszenie go do stołu uznałem za zbytek uprzejmości.

        - Zwą mnie Oswald, jestem wiedźminem – kontynuowałem - zajmuję się zabijaniem potworów. Pewien kupiec, wspominał mi, że mieszkańcy tej wioski maja problemy z jak to ujął…„siłami nadprzyrodzonymi” – wyjaśniłem od razu chcąc uniknąć zbędnych pytań.

        -Aaa, już rozumiem – mężczyzna widać odzyskał pewność siebie, bo wygodnie usiadł obok mnie – Był tu ostatnio pewien kupiec. Rozmawialiśmy dość długo i wspomniałem mu o naszym lesie, to znaczy że coś w nim siedzi.. A kupiec w naszej wiosce to rzecz rzadko spotykana. Bywa tak że i przez pół roku żaden kupiec…

        - Do rzeczy - stanowczym ruchem ręki przerwałem potok słów mężczyzny – co z tym waszym lasem ? Ktoś coś widział ? Ile osób zginęło ? – chciałem jak najszybciej wyjaśnić o co chodzi i zakończyć tą rozmowę.

        - Panie Oswaldzie, w lesie na północ od wioski straszy. Słychać nieludzkie głosy a kilka osób które się tam zapuściły widziały strachy. Czy ktoś zginął ? Nie, na szczęście nikt, przynajmniej na razie. 

        - Kurwa mać !

No to straciłem 4 dni. Potwory mają to do siebie że zabijają, a skoro nikt nie zginął to znaczy że potwora po prostu nie ma. Wiedziałem że informacja od kupca może się to okazać głupią plotką, ale to plotki często prowadziły go do niezłych zleceń. Widać tym razem nie miałem szczęścia A choćby nawet rzeczywiście coś w lesie siedziało to i tak nie zarobię na tym dużo. Kilka trupów zawsze polepszało pozycję wiedźminów podczas ustalania wynagrodzenia za zlecenie.
Gwido wyraźnie zaskoczony moją reakcją patrzył na mnie pytającym wzrokiem. Oczywiście nie miałem zamiaru tłumaczyć mu się dlaczego tak zdenerwowała mnie wieść o braku ofiar.

        - Udam się tam jeszcze tej nocy.

Skoro już tu jestem sprawdzę pieprzony las, a jutro wracam do Vengerbergu.

 

 

*  *  *

 

 

        Na szczęście przestało padać, a chmury odsłoniły gwiazdy, za to przyszedł przymrozek sprawiając, że każdy oddech uwalniał kłęby pary . Lepsze to niż miałbym iść w deszczu. W głąb pewnie prowadziła mnie wąska ścieżka choć widać dawno nie była uczęszczana i powoli pożerał ją las.

    W pewnym momencie przystanąłem nasłuchując. Z wioski usłyszałem odległy stukot kopyt.
Czyżby nocny gość zawitał do wioski ? Nieważne, chciałem jak najszybciej zbadać ten las i mieć to już za sobą.          Przedzierałem się przez gąszcz klnąc przy tym siarczyście. Już miałem zawracać do wioski z przekonaniem że wszelkie widma były tylko urojeniem chłopów gdy nagle poczułem lekkie drżenie medalionu na swojej szyj. Natychmiast przystanąłem, z mieczem w dłoni wypatrując zagrożenia.  

Nic się nie działo.

Powoli ruszyłem przed siebie cały czas uważnie nasłuchując.

Nagle z zarośli przed sobą usłyszałem demoniczny, nie artykułowany krzyk. W biegu wpadłem w gęste zarośla jednak nie ujrzałem tam żadnego przeciwnika.

        - Co do cholery…

„Odejdź” – szepczący, kobiecy głos rozległ się w oddali po mojej prawej stronie.

„Zawróć człowieku” – ponownie usłyszałem tym razem z lewej, lecz nigdzie nie dostrzegłem, kto je wypowiadał.
Przed sobą zobaczyłem swój cień powstający w świetle zielonkawej poświaty. Obróciłem się błyskawicznie i zaskoczony spojrzałem prosto w oczy upiornej postaci. Kobieta unosiła się nad ziemią. Miała zimne, wyprane z uczuć oczy, włosy jakby targane niewidzialnym wiatrem falowały tworząc czarną aureolę wokół głowy. Zwykły człowiek widząc ją uciekł by panicznie krzycząc lub po prostu zemdlał ze strachu.

Jednak ja nie jestem zwykłym człowiekiem.

„Tam znajdziesz tylko śmierć” – usłyszałem a słowa nie wydobywał się z ust zjawy lecz jakby rodził w mojej głowie. Nie czekając, wyprowadziłem podłużne cięcie na wysokości szyi. Ledwo mój miecz dosiągł celu, widmo rozwiało się na wietrze, nie pozostawiając po sobie ani śladu. Medalion momentalnie przestał drgać pozostając w całkowitym spokoju.
To chyba jeszcze nie koniec.
Muszę iść dalej.  

    Nie zaszedłem daleko. Ścieżka wnet kończyła się na niewielkiej polanie, na środku której widniał sporej wielkości otwór groty. Na ziemi zauważyłem sporą ilość śladów, jednak w ciemności trudno rozpoznać co je pozostawiło. Wypiłem miksturę przygotowaną jeszcze w Kaer Morhen przygotowując się do czekającej mnie walki.

    Co ciekawe od ze strony lasu z której przybyłem od pewnego czasu dobiegał mnie odległy stukot końskich kopyt. Postanowiłem poczekać chwile i zobaczyć kto wybrał się na nocną przejażdżkę. Po chwili na skraju lasu ujrzałem najpierw światło pochodni a później sylwetkę jeźdźca, wyłaniającą się spośród drzew. Jeździec okazał się być dobrze zbudowanym młodzieńcem na pięknym karym koniu, u boku miał zawieszony miecz. Mimo sporej odległości na dłoni w której dzierżył pochodnie ujrzałem błysk pierścienia.

A więc szlachcic. Ciekawe czego tu szuka. Jeździec widać dopiero teraz mnie dostrzegł bo przyglądając się w ciekawości skierował konia w moją stronę.

        - Jestem Marcus de Baldwin – rzekł dumnie spoglądając na mnie z góry. - Jesteś wiedźminem o którym mówiono mi w wiosce ? Widzisz…nie masz tu już czego szukać. Przyjechałem zabić potwora, który dręczy mieszkańców tej wioski, więc nie jesteś już potrzebny – dodał zsiadając z konia.

Przyznam że zuchwalstwo i bezczelność słów młodzieńca zaskoczyło mnie bardziej niż widmo które widziałem w lesie i przez chwile nie wiedziałem co odpowiedzieć.

Podszedłem do młodzieńca.

        - Zjeżdżaj stąd. Byłem tu pierwszy – wyjaśniłem krótko swoje stanowisko w tej sprawie, patrząc mu prosto w oczy

Co mnie zdziwiło - nie odwrócił wzroku.

        - Hmm, trudna sytuacja. Może zrobimy tak: do jaskini wejdziemy razem, kto zada ostateczny cios na tego spadnie chwała za zabicie potwora – zaproponował.

Słyszałem często plotki o szlachcie i rycerzach którzy szlachetnymi czynami otwierali sobie drogę do sławy. Zabicie bazyliszka lub innego stwora dodawało im prestiżu, chwały i otwierało drzwi do kobiecych sypialni.

        - Dobra. Niech tak będzie.

Może nawet na coś się przyda. Ściągnie na siebie uwagę i będę miał łatwiejszą robotę.

    Obydwoje dobyliśmy broni. Popatrzyłem na wysadzaną klejnotami rękojeść i piękna klingę miecza szlachcica. Zobaczył mój wzrok i uśmiechnął się dumnie.
Może mój miecz nie dorównywał jego w wyglądzie, lecz zabawka Marcusa nie może się równać z ostrymi jak brzytwy mieczami kutymi w Kaer Morhen..

 

 

*  *  *

 

 

    Jaskinia była bardzo duża, więc spokojnie szliśmy ramię w ramię. Nie mogłem sobie wybaczyć, że zgodziłem się na towarzystwo szlachcica. Wypita wcześniej mikstura zaczęła już działać – coraz lepiej widziałem w ciemności, wyostrzał się również słuch. No i co z tego skoro pochodnia Markusa oślepiała mnie lekko a odgłos jego kroków i tak zagłuszał wszystkie inne dźwięki.

    Jak z pod ziemi, wyrosły przed nami, dwie postacie i z mieczami w dłoniach, Bez słowa rzuciły się do ataku. W świetle pochodni ujrzałem spiczaste uszy. Pierwsza z postaci zaatakowała mnie krótkim sztychem, płynnym półobrotem uniknąłem ciosu i wykorzystując impet wyprowadziłem cięcie od dołu. Przeciwnik widać nie spodziewał się tak szybkiej reakcji, ledwo zdążył się zablokować krzyżując klingi naszych mieczy. Gwałtowny ruch wytrącił go z równowagi i w drugim starciu już nie miał szans. Jego krew przyozdobiła ściany jaskini szkarłatnymi plamkami. Natychmiast spojrzałem na lewo by zobaczyć jak sobie radzi Marcus. Właśnie krótkim pchnięciem dobijał leżącego przeciwnika.

        - Co tu do cholery robią elfy…

Uciszyłem go natychmiast unosząc dłoń. Jaskinię wypełniły odgłosy kroków…kroków wielu postaci. Z ciemności zaczęły wyłaniać się kolejne elfy, zdążyłem naliczyć około dziewięciu. Nie zastanawiając się, ułożyłem dłonie w znak Aard, powalając najbliższych przeciwników na ziemię, po czym odwróciłem się i puściłem w bieg w stronę wyjścia z jaskini. Młody szlachcic pierwszy zerwał się do ucieczki więc w biegu podziwiałem plecy dzielnego pogromcy potworów. Muszę przyznać że uciekanie wychodzi mu bardzo dobrze bo zdołałem go dogonić dopiero na zewnątrz. Nie oglądałem się za siebie bo i nie było po co – wyraźnie słyszałem odgłosy pogoni i nerwowe okrzyki w elfie mowie.

        - Rozdzielmy się ! - krzyknąłem do Marcusa w nadziej że odciągnie część pogoni, po czym pognałem w stronę lasu. Po chwili oglądnąłem się za siebie, Marcus mimo moich słów nadal biegł za mną, elfy za to zostały trochę z tyłu. Było ich około dziesięciu, i może moglibyśmy podjąć nierówną walkę gdyby pięciu z nich nie dzierżyło łuków. Dobrze wiedziałem co oznacza łuk w rękach elfa.

    Po kilku kilkunastu minutach szaleńczego biegu zdołaliśmy zgubić pogoń. Zatrzymałem się i poczekałem aż dobiegnie do mnie Marcu który został nieco z tyłu.

        - Nie mogłem się rozdzielić, nie widzę w ciemności tak jak ty i złapali by mnie prawie od razu.

Widać szlachcic dobrze odczytał wyraz mojej twarzy, tłumacząc swoje postępowanie.

Zdyszani odpoczywaliśmy jeszcze kilka chwil.

        - Wracamy do wioski. – zdecydowałem – Nie ma tam żadnych potworów tylko jakieś cholerne elfy.

        - Nie ciekawi cię…

        - Nie ! Rób co chcesz ale ja wracam.  

    Odwróciłem się w stronę Anwoed i ruszyłem szybkim krokiem.

Od razu jednak przylgnąłem do najbliższego drzewa, gestem nakazując milczenie Markusowi.  Niedaleko miejsca w którym się zatrzymaliśmy dostrzegłem zarysy powoli idącej postaci. Chyba nie wiedziała o naszej obecności, więc zakradłem się do niej. Był to elf ciągnął  za sobą upolowaną sarnę.
Zdradził mnie chrzęst gałązki pod butem. Elf obrócił się natychmiast. Zaskoczony dobył miecz i wyciągnął w moją stronę. Przyłożyłem swoją klingę do jego, wykonałem sprawny obrót ostrzem po czym pchnąłem z całej siły wytrącając mu broń z ręki. Kopniakiem w brzuch powaliłem przeciwnika na ziemie i pozbawiłem go oddechu. Podszedłem do rozpaczliwie próbującego złapać trochę powierza, elfa i przyłożyłem mu miecz do gardła.

        - Czego tu szukają elfy ?

        - Dlaczego mnie atakujesz dh'oine ? Ja tu tylko polowałem.

        - Nie kręć, czego szukacie w tej jaskini ?

Widocznie ostrze miecza dotknęło skóry elfa, bo po szyi pociekł cienki strumień krwi

        - To wszystko przez was dh'oine. Coraz więcej nienawiści, coraz więcej krwi elfów przelewacie. Nasza przepowiednia się wypełnia. Nastanie czas miecza i topora, wojna między naszymi rasami wisi na włosku. Kiedyś to była nasza kraina a teraz musimy chować się przed wami w górach i jaskiniach…

        - Więc czym są widma w lesie ?

        - Miały was odstraszyć byście nie zapuszczali się w te tereny i dali nam spokój. Jak dotąd bardzo dobrze się z tego wywiązywały. Są niegroźne, to tylko iluzje sprowadzone przez naszego maga.

    Dobiegł mnie odgłos kroków, zbliżającego się Marcusa. Nagle mój medalion drgnął ostrzegawczo. Usłyszałem za plecami świst wznoszonego miecza. Zdążyłem odskoczyć w bok i cios który miał pozbawić mnie życia, przeciął bok na wysokości żeber. Krew popłynęła strumieniem, lecz znieczulony działaniem mikstury odwróciłem się i zobaczyłem młodego szlachcica z zakrwawionym mieczem.

        - Zaraz zginiesz wiedźminie. Dla mnie jesteś potworem, równie dobrze jak bazyliszek.

Bez słowa rzuciłem się na niego w błyskawicznym ataku. Sparował dwa moje ciosy i odpowiedział zręcznym pchnięciem. Piruetem uniknąłem ciosu…i upadłem na ziemię osłabiony gwałtowną utratą krwi.

Później była już tyko ciemność.

 

 

 * *  *

 

 

    Ledwo słońce ukazało się na horyzoncie Marcus de Baldwin opuścił Anwoed. Jeszcze wczoraj zawiadomił wójta o tym jak w zaciętej walce zabił wiedźmina i o panoszących się po lesie elfach. 

Z dumą spoglądał, na wiedźmiński miecz przyczepiony do siodła. Sięgnął do kieszeni, i po raz kolejny obejrzał kolejną zdobycz – medalion w kształcie głowy wilka. Już wyobrażał sobie miny słuchaczy gdy opowie, jak to w zaciętej walce, zabił wiedźmina, i gdy pokaże zdobyty znak wiedźminów z Kaer Morhen. Każdy wie, że taki medalion, można zdobyć tylko na trupie wiedźmina, bo żaden z nich nie da go sobie żywcem odebrać.
Może nie zabił tu potwora ale zabicie wiedźmina przysporzy mu znacznie większej sławy.
Nigdy nie lubił tej kasty, byli dla niego konkurencją, więc zabicie jednego z nich było dodatkowym plusem.
Z zamyślenia wyrwało go drganie medalionu który trzymał na dłoni. Spojrzał nań ze zdziwieniem.
Nagle z gęstych zarośli, porastających obrzeża traktu wyłoniło się kilka postaci. Trzy elfy z obnażonymi mieczami okrążyły samotnego szlachcica, kolejny stał przy kryjówce z której wyszli celując do niego z łuku.

        - Za dużo zobaczyłeś dh'oine, musisz zginąć.

 

 

*  *  *

 

        - Dlaczego mam leczyć tego dh'oine mistrzu ? Przecież zabił Daraina . Dobijmy drania i tak już ledwo dycha.

        - Nie ! Musisz go wyleczyć ! Na szczęście znalazł go pościg który ich ścigał i zamiast go zabić opatrzyli i przynieśli tutaj.

        - Dobrze. Ale nie rozumiem, dlaczego ci tak zależy na jego życiu.

        - Ten drugi, który go zaatakował i obrabował już zawiadomił dh'oine z An wald o naszej obecności tutaj. Będzie musiał przekonać ich, że nas tutaj nie ma, a wszystko było wymysłem tego drugiego. Będzie musiał ostrzec resztę dh'oine, żeby nigdy się tu nie zapuszczali. Inaczej wnet nas tu znajdą i nic nam nie pomoże.

 

 

C.D.N.

 

  

Łukasz Sawicki

Developed by CD Projekt RED Powered by Bioware Aurora Engine Atari Nvidia Pegi Rating 18 ESRB Rating Mature 17+

"Wiedźmin jest naprawdę dobrą grą, która spodoba się każdemu fanowi gier PC RPG."
- IGN