Wilki

Indi

- Ty cholerny kundlu! – głuchy trzask łamanej gałęzi rozległ się szerokim echem w nocnej ciszy. Pies zaskowytał – A niech cię jasny szlag!

Kilka kolejnych uderzeń prawie zlało się w jedno, pies wył. Stojący nad nim chłop lekko nieskoordynowanym ruchem uderzył jeszcze kilka razy, po czym kopnął leżący brzuchem do góry na ziemi kosmaty kształt. Kolejny żałosny bezsilny skowyt rozdarł ciszę uśpionej pod warstwą śniegu przyrody.  Na tle bladego księżyca odziana w obszerną futrzaną kamizelę postać z uniesioną do góry ręką z krzywym kawałkiem gałęzi przedstawiać by się mogła jak jakiś abstrakcyjny pomnik.

- Jans....? – w ciemność wciął się snop jasnego, żółtawego światła z wewnątrz domu, którego drzwi otwarto – Jans, zostaw, choć do domu... Jans......? – Kobiecy głos zamilkł urwany, bo od ściany lasu rozległo się wycie. Całkiem blisko, niemal o kilka kroków. Wycie wilka. Ciemniejszy od czarnej ściany lasu kształt mignął w świetle. Kobieta, której wzrok nie przyzwyczaił się do mroku, krzyknęła lekko słysząc warczenie. Ale to warczał pies, bo nieznany przeciwnik poruszał się bez dźwieku, Gdyby kobieta widziała coś w ciemności, dostrzegłaby, jak potężnym susem obala Jansa na ziemię, dostrzegłaby błysk kłów. A tak usłyszała jedynie charczenie i brzydki odgłos dartego ciała. Chłop nie zdążył krzyknąć. Pies wbił się zębami w udo napastnika, ale odrzucony potężnym ciosem uderzył we własną budę i ucichł. Kobieta wrzasnęła, gdy ciepła i gęsta breja trysnęła jej na twarz. Starła odruchowo i wrzasnęła po raz wtóry widząc, że to krew. Ale mimo wszystko wybiegła na zewnątrz, by poślizgnąć się za zmieszanym z krwią śniegu. Ciemny kształt już znikał wśród drzew.

 

***

Ylva kochała góry. W swoim szalonym i niespokojnym życiu poznała liczne kraje, widziała wielkie miasta i pustynie, stepy i morza, ale jej serce należało do gór. Bezpieczna czuła się tylko wśród otaczających ją szczytów. Codziennie rano, gdy wychodziła przed swój dom i ogarniała wzrokiem rozciągający się przed nią widok, czuła się niepomiernie szczęśliwa. Ylva lubiła ciszę swojego domu, choć bardziej lubiła, gdy z odległych krain pojawiali się przyjaciele z dawnych lat i jej cicha „chatynka”, jak lubiła nazywać swój dom, napełniała się śmiechem i ciepłem. Ale tego ranka po raz kolejny poczuła nieprzyjemne ukłucie samotności. Pogłaskała kosmatego psa i podążyła ku dolinie.

W składzie towarów właściwie ziało pustkami. Kupiła trochę miodu, którego jej brakło, i kilka świec. A wychodząc wpadła na dwóch miejscowych młodzieńców. Prawie zderzyła się z nimi, a powiew nieświeżego alkoholu podejrzanego pochodzenia omal nie zwalił jej z nóg.

- Oj, pssszepraszam panienkę – wymamrotał jeden, zaś drugi, znacznie bardziej trzeźwy, objął Ylvę ramieniem i chuchnął, wlepiając bez żenady wzrok w jej wydekoltowany sweter:

- Postawimy panience kolejkę na przeprosiny.

Ylva znieruchomiała i zmrużyła oczy. Gdyby ów człowiek znał ją lepiej, odsunąłby się co prędzej.

- Zabierz rękę – syknęła.

- No już, niech panienka nie warczy – roześmiał się, biorąc jej irytację za zażenowanie – Taka śliczna... aaaaauuuu!

Ylva złapała jego rękę tak, żeby zabolały go wykręcane palce i odsunęła ją od siebie.

- Zabierz, powiedziałam. Dziękuję za zaproszenie, innym razem – zakończyła chłodno. Mężczyzna zgrzytnął zębami.

- To my tu grzecznie i zapraszamy, a ty tutaj z łapami do mnie – warknął, usiłując złapać ją za połę płaszcza. Odsunęła się z łatwością, a ten zirytowany utratą równowagi zamachnął się na nią pięścią. Odsunęła się znów, rozważając, czy nie wybić mu zębów.

- Nie, pani Ylvo! – krzyknęła jasnowłosa, niewysoka dziewczyna, sprzedająca towary – Nie, bo burdelu mi to narobicie! Oni pijani są, niech pani nie reaguje...

Ylva westchnęła, po raz kolejny zastanawiając się, dlaczego niby pijani mają mieć taryfę ulgową. Ale lubiła tą dziewczynę i wiedziała, że za bajzel w sklepie właściciel da jej popalić. Pchnęła więc tylko natręta na ladę i wyszła, głębokimi wdechami usiłując opanować irytację.

- Najwyraźniej na trzeźwo się nie da – mruknęła pod nosem, czując, że najchętniej teraz napiłaby się grzanego piwa z miodem.

 ***

             W karczmie „Perełka” był tłum. Ludzie przy piwie przekrzykiwali się nawzajem, a sądząc po charakterystycznej wspólnocie rozmowy, znów był temat, który połączył mieszkańców górskiej wioseczki. „Znów ktoś zginął” pomyślała Ylva ze smutkiem, przysłuchując się rozmowom „Który to już? Piąty? Szósty? Co się dzieje....?”

- Aj, chrzanicie! – ponad kakofonię głosów wybił się cienki głos żony wójta, Maryli. jak wiadomo było wszem i wobec, wójt zarządzał wioseczką, a ona wójtem – Żaden tam wilk, to wilkołak, mówię wam! Wilcy by zażarli psa i nieszczęsną Blankę też. A to bydlę ino Jansa rozszarpało, jego samiutkiego, jakby z nim miało na pieńku....

Większość obecnych zastanawiać się zaczęła, z kim też Jans mógł mieć na pieńku. Ylva nachyliła się do siedzącego obok Kunkty, drwala, z którym nieraz pijała.

- A co z Blanką i  psem? – Kunkta wzruszył ramionami.

- Ano nic – mruknął – Pani Blanka u siostry, ponoć ledwie zmysłów nie postradała. Dobrze, że choć dzieciaków nie mieli, jak Józuś – Józek zwany Bryndą został rozszarpany tydzień wcześniej w podobnych okolicznościach, a jego żona i piątka dzieci zostały na łasce społeczności. Wójt wyznaczył zbiórkę i wypłacał poszkodowanym zapomogę, ale nijak nie wystarczała ona na choćby najpotrzebniejsze rzeczy. Ylva zanotowała w pamięci, żeby zawieść Blance, która znała i lubiła, trochę ciepłych rzeczy.

            Tymczasem podekscytowani wieśniacy przekrzykiwali się w pomysłach na potwora.

- Gryf! Gryf to mógł być! – rozdarł się Bran, właściciel składu. Ylva dostrzegła, że kulał lekko, a na wysokości lewego uda pod spodniami widniało zgrubienie jak od opatrunku – Gryfy tak robią, spadają z przestworzy i flaki wyszarpują, ot co!

- A pewno, może smok w ogóle!

- A co ty, to gigant był, latający, kurde!

- A gówno ty się znasz! – roześmiało się kilka osób – Siadaj, napij się jeszcze, a pierdół nie pociskaj.

Pani Maryla po raz kolejny spojrzała wyczekująco na drzwi. Wójta nie było, więc Ylva domyśliła się, że to on jest tym oczekiwanym. Tymczasem niewysoka kobiecinka wstała i wokół zrobiło się ciszej.

- Sluchajta no chłopy – zaczęła głosem, wobec którego sprzeciw niebezpiecznie kojarzył się z brzdękiem tłuczonych naczyń – Wy se tu dworujecie i wesoło wam jak diabli! A tu ludzie giną! Dzieciaki bez ojców zostają! Żadne wasze łażenie z widłami do lasu guzik dało!  - uprzedziła odpowiedzi i kilku co śmielszych właścicieli wideł siadło na ławach z powrotem – Coś ludzi zażera w lesie i w zagrodach przy lesie i nijak to nic ludzkiego nie jest. I trza cosik z tym zrobić... – wójcina zawiesiła głos, czyniąc oczywistym, że ona, Maryla, już cosik robić zaczęła – Posłalim po wiedźmaka.

            Zapadła absolutna cisza. Ylva podniosła głowę znad kufla. Jak oni niby znaleźli jakiegoś wiedźmina...? Ona już dawno wysłała kilka listów do jednego, z którym dawniej łączyła ją gorąca przyjaźń.... Oj, bardzo gorąca – Ylva uśmiechnęła się mimowolnie kącikiem ust. Ale Geralt z Rivii albo był gdzieś, gdzie żaden list go nie dojdzie... Albo nie żył. Jakby w

odpowiedzi na jej myśli wrota karczmy otwarły się z hukiem....

... i stanął w nich odziany w kolczugę i hełm z nosalem żołnierz. Narzuta na zbroi, w czarne i błękitne pasy, kazała przypuszczać, że służy władyce z oddalonego o ponad 20 mil zameczku na Górze Owczej, hrabiemu da Silva. Za nim w drzwiach stanęło jeszcze dwóch, po czym weszli do karczmy oznajmiając:

- Miejsce dla Jego Wysokości!

„Jego Wysokości, co najmniej jakby księcia zapowiadał”... Ylva uśmiechnęła się, widząc, jak kmiotki pospiesznie zwalniają jeden ze stołów. Wójcina do spółki z karczmareczką co prędzej uprzątnęły stół, na którym natychmiast znalazł się dzban z winem. Hrabia pojawił się chwilę później, w asyście przybocznych. Był niebrzydki, otaksowała Ylva w myślach, na oko jakieś 40 lat, ale zbyt zniewieściały jak na jej gust. Przyglądając się żołnierzom, którzy objęli wartę przy drzwiach, jej wzrok zatrzymał się na innej postaci. Omal nie wrzasnęła z radości, pomieszanej z zaskoczeniem.

- Nie wierzę!! – krzyknęła, podbiegając do czarno odzianego wysokiego mężczyzny, który w milczeniu obserwował izbę, strzepując z białych włosów śnieg i szron – Nie, no, to niewiarygodne!

- Witaj, Ylva – uśmiechną się Geralt z Rivii, przytulając ją – Co jest niewiarygodne? Przecież wiedziałem, że tu mieszkasz.

- Ale jak?! Moje listy  doszły?!

- Nie bardzo – uśmiechnął się – Znalazł mnie człowiek wysłany przez waszego wójta. Skojarzyłem nazwę wioseczki i pomyślałem, że cię odwiedzę.

- Ech – roześmiała się radośnie – Cieszę się, że jesteś.

Tymczasem w drzwiach pojawił się wreszcie sam wójt we własnej osobie, najwyraźniej lekko zziajany, zaczerwieniony na pucułowatej twarzy.

- Cichajta ludziska! – wydarł się od progu – Z uszanowaniem dla Jego Wysokości Hrabiego... – dorzucił prędko, widząc zmieniającego się na twarzy arystokratę – Otóż za grosiwo coście zebrali niedzieli zeszłej, zakupiłem usługi profce...profece... fachowca! I ten tu oto wiedźmin, imieniem Geralt z Rivii, pozbędzie się maszkary wstrętnej raz na zawsze – Geralt lekko skinął głową, gdy wójt wskazał na niego – Toteż, o cokolwiek was zapyta, mówić bez ogródek, bo musi on bestię wytropić. A póki co, piwa, Mistrzu?

            Geralt przyjął piwo i usiadł, wysłuchując kolejnych opowieści o atakach tajemniczej bestii. Ylva odsunęła się na bok, kąciki ust nie chciały przestać się śmiać na myśl, że tej nocy nie będzie sama. Sącząc piwo, jednym uchem słuchała znanych jej już historii, gdy poczuła na sobie wzrok. Pierwsze co dostrzegła, to intensywnie błękitne oczy, których właściciel, gdy spojrzała na niego, nie opuścił wzroku, gapiąc się na nią z rozbrajającą bezczelnością. Mógł mieć nie więcej niż dwadzieścia lat, ciemnoblond kosmyki w lekkim nieładzie opadały mu na czarny płaszcz, na którym widniał herb. Nie znała się na heraldyce, ale złota opaska wokół znaku wskazywała chyba na kogoś wysoko urodzonego. Już miała wstać i podejść, ale młodzieniec odwrócił się i bez słowa wyszedł z karczmy. Po chwili Ylva nie była już pewna, czy widziała go naprawdę czy może jej się przywidziało. Poza tym, nie miała dobrych doświadczeń z młodszymi mężczyznami.... Niemiłe wspomnienia.... „Cholera z tym” pomyślała, topiąc nagły smutek w kuflu „Do diabła z tym wszystkim, dziś chcę się cieszyć”.

***

Noc rozczarowała ją. Owszem, było miło. Z białowłosym wiedźminem zawsze było miło. Odżyły wspomnienia wszystkich tych upojnych nocy z początku ich znajomości, wróciła na chwilę dawna łącząca ich namiętność. Ale zanim wystygła pościel, zdążyli wymienić kilka niemiłych zdań. Bo ona zaproponowała pomoc. Bo on jej nie potrzebował i kategorycznie zabraniał. Bo ona nie tolerowała zabraniania jej czegokolwiek, a zwłaszcza kategorycznie. Bo jego mało obchodziło, co ona toleruje, on nie będzie jej narażać. Bo jej zrobiło się przykro, z powodu tego, co jego nie obchodzi. Bo on uznał, że łzy w jej oczach też go nie przekonają. Bo ona powiedziała, że jest hipokrytą i samolubem. A on uznał, ze tłumaczenie jej tego nie ma sensu. I wyszedł. A ona została, płacząc w poduszkę, a potem pijąc do rana i tuląc się do przejętego jej smutkiem kosmatego psa.

***

Gdy rano zeszła do wioski, liczyła, że go spotka. Nie chciała tak się z nim rozstawać, w gniewie... Ale nie spotkała. Gdy weszła do składu towarów, Agnes, pracującej tam blondynki nie było. Była Marylka wójtowa i właściciel składziku, Bran, chłop wysoki i potężnie zbudowany, ale znany z raczej łagodnego usposobienia. I jeszcze parę osób.

 – A dobry dobry – mruknął Bran. Wciąż utykał na lewą nogę – Gówno tam dobry...

- A co się stało, panie Bran? – zaczęła Ylva z uśmiechem – A gdzie pracownica wasza?

- A właśnie, tyle z takiej pracownicy – burknął – Leży i dobrzeje...

- A co jej?

- A co, a co – wtrąciła się wójcina – Ubierała się jak ladacznica, łaziła po nocy, to teraz ma...

- Ale co się stało....?

- Oj tam, nic wielkiego – uśmiechnął się obleśnie jeden ze stojących przy ladzie mężczyzn, sączący z bukłaczka podejrzanie cuchnący trunek – Cnotkę chyba straciła, a bo i z synem kowala to nie pogada.

Ylva przestała się uśmiechać. Mężczyzna, który wczoraj namolnie proponował jej kolejkę, to był właśnie syn miejscowego kowala. Nie pamiętała jak się nazywał.

- Powie ktoś w końcu, co się stało?

- Oj tam... narobiła wrzasku wielkiego, że ją po niewoli wychędożył, a sama w obcisłych kiecach i oczka wypacykowane zawsze... To i musiała chcieć... A że jej buźkę trochu obił przy okazji, to już mu musiała co niemiłego powiedzieć, każdy by nie zdzierżył... A kowalów dobry chłopak jest i porządny, nikt mu tu opinii psuł nie będzie...

            Ylva zdała sobie sprawę, że bezwiednie zaciska pięści. I zęby.

- A ja w dupie mam jego opinię – wtrącił Bran – Ale kto mi teraz będzie towary liczył, jak ino jej to jakoś szło? Sumienna była i uczciwa, a on jej zęby powybijał, kurde balans. Dupa nie chłop, co tak chędożyc nie potrafi, by krzywdy nie zrobić.... Oj, młodzi, psiamać... 

Nie słyszała dalszych wywodów, bo opanowując nagłą i gwałtowną chęć obicia komuś mordy wyszła na zewnątrz, trzasnąwszy z rozmachem drzwiami. Oparła się o belkę koniowiązu i próbowała się uspokoić, powtarzając sobie raz za razem, że ludzi nie da się zmienić, że tak ich wychowano i że to nie ma sensu... „Ale chociaż poprawi mi humor” zgrzytnęła zębami i odwróciła się, gotowa wrócić do składziki i obić parę wszawych ryjów.

- To nic nie da, panno Ylvo – stał tuż za nią, w tym samym czarnym płaszczu z herbem, wpatrując się w nią intensywnym spojrzeniem błękitnych oczu – Nie warto tracić nerwów.

- Zapewne – odparła – ale to moje nerwy. Z kim mam przyjemność?

- Proszę wybaczyć – uśmiechnął się, prezentując lekko przesadzony dworski ukłon – Harald hrabia Aubry, chwilowo pod opieką hrabiego da Silvy, mojego stryja. A kręcę się tutaj, uprzedzając pani pytanie, bo z polecenia stryja zająć mam się ową bestią, co wam tutaj życie uprzykrza.

- Bestią? – uśmiechnęła się szeroko – Sądzisz, że nie poradzi sobie z nią Geralt z Rivii, a poradzisz ty?

Odpowiedział uśmiechem. Bardzo ładnym.

- Przez myśl by mi to nie przeszło. Ale wdzięcznym będę, jeśli mnie pani owemu Geraltowi przedstawi, może będę mógł być w czymś pomocny.

– Nie wiem  gdzie jest Geralt – odparła – Ale miło mi, mogąc być pośredniczką i rzeczniczką tak sławnego zabójcy potworów. Zaszczyt to istny dla mnie – dorzuciła z przekąsem.

- Pani Ylvo – młodzieniec przez chwilę przypatrywał się jej, jakby nie wierząc w to co mówiła – Geralt z Rivii jest sławny, ale pani imię jest nie mniej znane. Pani dowodziła gwardią temerską w drugiej Bitwie pod Sodden, pani doprowadziła odsiecz do oblężonego Mariboru, pani...

- Dość – uśmiechnęła się – Tu nikt o tym nie wie, i niech tak zostanie. Ale miło mi....- opuściła oczy jak nastolatka, którą od dawna wszak nie była. Poczuła się zażenowana, zawstydzona ... Dawno nie czuła się tak przy mężczyźnie... Ale przecież...Popatrzyła na niego przez chwilę przypatrywała mu się, unosząc lekko prawą brew. Podobał się jej. Jak cholera. I fakt ten prawie przyćmił niemiłe wspomnienie... Wyspy... Krzyk mew... Inny młodzieniec, któremu chciała dać tylko trochę rozkoszy... Ale on chciał więcej, chciał wszystko, to czego dać nie mogła... Podciął sobie żyły... Umierał przeklinając jej imię...

Otrząsnęła się.

- Zimno dziś – powiedziała cicho - Ale zapraszam do mojej chatynki, jest ogień w kominku i ciemne piwo.

Harald uniósł brwi, autentycznie zdziwiony, jakby nie śmiejąc odczytać podtekstu z jej wypowiedzi.

- Będę zaszczycony – odparł w końcu.

***

 

- Nie wierzę – uśmiechnął się, opadając na satynowe prześcieradło. Ylva podniosła się na łokciu, a jej czarne włosy spłynęły kaskadą na jego pierś – nie wierzę, Ylva, legenda wojen z Nilfgaardem, ta groźna, straszna.... auć! – przerwał, gdy ugryzła go w ramię.

- Uwierz – szepnęła – Jestem tu. I jestem straszna i groźna. Ale ... – dodała głośniej, uśmiechając się filuternie – jak pan hrabia się dowie, że zbałamuciłam jego nieletniego podopiecznego, każe mi nogi z tyłeczka powyrywać.

- A to akurat prawda – mruknął Harald – Ale się nie dowie. Najlepiej żeby nikt się nie dowiedział.

Ylva zarzuciła udo na jego biodra i potwierdziła mruknięciem, nie przerywając całowania jego ramion, barków, gładzenia piersi... Podniósł ją gwałtownie i przylgnął ustami do jej ust, całując tak pożądliwie, że gryzł jej wargi. Usiadła na nim i odchyliła się do tyłu, ciepłe światło kominka ozłociło jej szerokie ramiona i okrągłe, kształtne piersi....

- Wrrrrr....- warknął żartobliwie... Przylgnęli do siebie, pragnąc się  nawzajem do granic możliwości. Gdyby ktoś nasłuchiwał pod jej chatynką, usłyszałby zapewne spazmatyczny i pełen spełnienia krzyk... Ale tylko pies podniósł głowę, gdy na krzyk odpowiedziało echo... To była długa noc. Za krótka.

***

Harald nie pamiętał swoich snów. Co gorsza, dłuższą chwilę zajęło mu poskładanie w pamięci w logiczną całość wydarzeń poprzedniej nocy. Ylva, ta, którą uważał za legendę... groźna, silna... ciepła, delikatna, namiętna... uśmiechnął się i przeciągnął, omal nie zrzucając na ziemię szklanek po ciemnym piwie. Otworzył oczy. Nie było jej. Zmięte obok prześcieradło pachniało nią. Ale było chłodne...

- Ylva...?

Poderwał się na dźwięk otwieranych drzwi. Weszła do chatki, odziana tylko w szmatkę na biodrach, na bosych stopach i nagich piersiach miała śnieg. Robiąc obrót na środku izby, z rozmachem wpakowała się do łóżka, przyprawiając go o dreszcze... Też. Śmiała się w głos.

- Dzień dobry, moje słońce – szepnęła nie przerywając pocałunku – Wstawaj.

- Co ty wyczyniasz, nago, na śniegu? – mruknął z niedowierzaniem, tuląc ją do siebie – Jesteś cała zimna....!

- Nie szkodzi – roześmiała się – Wiesz jak śnieg ujędrnia piersi?

Sprawdził dotykiem, dłonią i ustami... Coś w tym było... Ale nie rozmyślał nad tym dłużej, bo znów jej pragnął....

Nad górami wstawał mroźny, zimowy dzień.

***

- Do dupy z takim wiedźminem! – wrzasnęła jedna z bab zgromadzonych niedaleko warsztatu kowala – I co, taki dobry chłopak do piachu...!

- Cichajta – burknęła wójcina Mariolka, tuląca zanoszącą się od płaczu kowalową – Taż wiedźmin dopiero co robotę zaczął, taż nie wytropi drania w jeden dzień, nie?

- Aaaaaaa....syyyynkuuuuuu.....- zawyła klęcząca na śniegu niewiasta

- Cichaj, stara – wrzasnął kowal, niewysoki, ale za to szeroki jak stodoła mężczyzna z wąsem w kolorze słomy. W sękatych łapach trzymał siekierę i wymachiwał nią w różnych kierunkach – Ja go dorwę, ścierwo pieprzone, nogi mu wyrwę i wsadzę do rzyci! Na żadnego wiedźmaka czekał ja nie bede!

Chłopi dookoła zaczęli go uspokajać i mitygować. Ylva i Harald przecisnęli się przez tłumek i dostrzegli rozległą na kilka metrów plamę krwi na śniegu. Geralt klęczał nad śladami, podniósł głowę gdy podeszli.

- Piękny poranek – mruknął ironicznie, wstając na powitanie – Już są wściekli?

- Już – uśmiechnęła się – Nic dziwnego, ten tutaj jest siódmy chyba.

- Mhm, wiem. Pięciu mężczyzn, dwie kobiety, wszyscy w lesie lub w pobliżu. Wszyscy wypatroszeni z rozmachem. Szerokim rozmachem – dorzucił, krzywiąc się, po czym spojrzał pytająco na młodzieńca. Ylva uprzedziła pytanie.

- Harald, hrabia Aubry, protegowany da Silvy, przysłany ci do pomocy. Geralt z Rivi, wiedźmin i wilk samotnik – przedstawiła. Geralt fuknął.

- Nie mówiłem ci przypadkiem, że pracuję sam?

- Nie zamierzam się narzucać – wtrącił Harald – Ale nałożono na mnie taki obowiązek. Nie zamierzam pchać się wiedźminowi pod miecz, ale pomogę ile będę mógł. A choćby i oddając ci, panie, do dyspozycji  żołnierzy, których mam w osadzie.

Wiedźmin spojrzał trochę łaskawiej.

- Ślady wokół, sposób szarpania ofiar, wszystko wskazuje na lykantropa – zaczął – Za duży mi się wydaje na leszego, może to i wilkołak. Jest tylko jedno ale... – wiedźmin wyjął spod kaftana medalion z wilkiem i przyklęknął nad tropem o kształcie psiej łapy, trzymając medalion na wyciągniętej dłoni – Co widzicie?

- No ... nic – zająknęła się Ylva.

- Mhm, dokładnie nic – odparł wiedźmin – bo też i nic się nie dzieje. Medalion nie wibruje. Dlaczego?

- Dlaczego?

- Bo to nie wilkołak – uśmiechnął się Geralt – Bo to w ogóle nie potwór. Bo macie tutaj kogoś objętego klątwą.

- Ale co z tego wynika? – odezwał się Harald – Nie widzę wielkiej różnicy w sposobie zabijania.

- Ja też nie. Bo taka osoba morduje, nie wiedząc nawet o tym. Klątwa zmienia go w lykantropa zupełnie bez udziału jego świadomości. Może jest lunatykiem? Może to jakaś dodatkowa hipnoza? Do tego, tego typu uroki rzadko są do cofnięcia.

- Ale to możliwe?

- Nie wiem. Nie sądzę. Ale jeśli to możliwe, postaram się to zrobić. Jeśli nie – zabiję.

Ylva kiwnęła głową i westchnęła poważnie.

- Skoro nie ma innego wyjścia...

- Nie ma. Powiedzcie ludziom – Geralt zwrócił się do wójta, gryzącego w strapieniu wąsa – że można już szczątki zebrać i pochować. Ja idę za tropem.

- Możemy....? – zaczęła Ylva, spodziewając się pogardliwego fuknięcia, kolejnego niemiłego słowa... Ale ze zdziwieniem usłyszała:

- Będę wdzięczny za pomoc. Jest dzień, teraz nie zaatakuje.

***

Ruszyli w trójkę, z trudem brnąc przez zmrożony śnieg. Było zimno, ale nie dość, by uchronić przez przemoknięciem skórzane buty i wełniane spodnie całej trójki. A tymczasem trop, do złudzenia przypominający wilcze ślady, kluczył i zataczał kółka na zalesionych stokach. Kilkakrotnie więc zdążyli znaleźć się w tym samym miejscu. Geralt przeszukiwał wykroty i zagłębienia w poszukiwaniu legowiska, schronienia, w którym, jak mówił, wilkołak spokojnie czekał na powrót do ludzkiej postaci. Nie znalazł. Nie udało im się także znaleźć tego miejsca, gdzie wilczy trop powinien zmieniać się w ślad ludzkich stóp.

Udało im się za to dotrzeć do drogi, prowadzącej na przełęcz. Słońce zeszło już nisko, przeświecając ślicznie pomiędzy pokrytymi szadzią gałęziami drzew. „Pięknie” pomyślała Ylva , zapominając na chwilę o zamarzniętym ubraniu i palcach w stóp, których właściwie już nie czuła. Zapatrzyła się w cudny spektakl natury, niemal zapominając gdzie jest. Z zamyślenia wyrwał ją uchwycony kątem oka ruch.

- Geralt! – krzyknęła, ale niepotrzebnie. Wiedźmin dostrzegł spory ciemny kształt, mknący nad nimi na stoku. To nie był wilk, choć futro, którym był pokryty, miało ewidentnie wilcze umaszczenie. Chyba. Bo Ylva nie była pewna, czy nie był to wilk. Rzucili się w pościg. Po minucie biegu zrobiło się ciepło, po kolejnej – niesłychanie gorąco. Gdy wybiegli na szczyt wzniesienia, w zasięgu ich wzroku nie było już niczego, co by się ruszało. Nie było też tropów.

- Co to do cholery było? – sapnęła Ylva. Geralt opanował zadyszkę.

- Nie mam pojęcia.

- Cudnie – warknęła – Zacznę na powrót chodzić z mieczem.

Gdy zbiegli w dół, znaleźli wilcze ślady, ale mniejsze i bardziej regularne niż te, które oglądali cały dzień. A potem jeszcze jedne. Z sąsiedniego wzgórza rozległo się wycie. Odpowiedziało mu drugie, po przeciwnej stronie. Na tle zachodzącego słońca mignął na stoku kolejny kształt.

- Zabieramy się stąd – mruknął Geralt. Odpowiedziało mu chóralne wycie.

***

    Wieczór spędzili w karczmie. To znaczy Ylva i Harald, bo tym razem Geralt stanowczo zabronił iść ze sobą. Szykował pułapkę, to było jasne. I tym razem naprawdę niedobrze byłoby pchać się pod wiedźmińskie ostrza. Posiedzieli więc przy grzanym piwie, snując domysły, a potem poszli do niej. Było ciepło. Spokojnie. Cudownie. Ylva właściwie zapomniała o wszystkim. Zapomniała, że chciała przeprosić Geralta za poprzednią awanturę. Zapomniała, jak bardzo wkurzali ją mieszkający w wiosce kmiecie. Zapomniała o wszystkich złych i strasznych wspomnieniach, które wyniosła z bitew, z Wielkiej Wojny. Przy nim mogła zapomnieć o wszystkim. Między jedną a drugą ekstazą gładziła jego złotawe włosy, podziwiała piękne ciało, słuchała miłego głębokiego głosu, delektowała się jego dotykiem, delikatnym i troskliwym, i rozkoszą którą jej dawał. Potem znów pozwalała unieść się płomieniom pożądania, i znów krzyczała w ekstazie, by za chwilę opaść na satynowe prześcieradło, zdziwiona, że może jej być tak dobrze. A on kładł się obok niej, leniwie gładząc jej gładką skórę.

- Skąd ta blizna? – mruknął, głaszcząc jej udo – Dwie właściwie...

- Topór bojowy – uśmiechnęła się, czując się nagle strasznie dumna ze swoich zwycięskich bitew – Z dawna, z Wysp Skellige. Uczyłam się tam miecza, a potem pływałam na wyprawy... A druga ... Nie wiem, skąd ta druga blizna, pewnie też z tego samego...

- Moja ty dzielna ślicznotko – mruknął, przytulając ją – Uwielbiam cię, wiesz?

- Mhm...

- Ta noc się skończy....?

- Mhm....

- Będziesz mnie pamiętać, moja piękna? A jeśli tu kiedyś wrócę...?

- Kto wie, co będzie kiedyś – szepnęła przylegając ustami do jego ust – Będę cię pamiętać zawsze....

***

    Obudziła się, mokra od potu. Serce wściekle kołatało, napełniając ją uczuciem niepokoju, którego źródła nie potrafiła zidentyfikować. Zsunęła się z łóżka, starając się nie budzić śpiącego kochanka, ale potknęła się o własne buty. Pies, wbity pod łóżko, warczał cicho.

- Co się dzieje...? – zapytał Harald, wyrwany ze snu.

- Nie wiem... – Ylva pospiesznie nakładała ubranie – Coś... coś złego... na zewnątrz – zauważyła, że drżą jej ręce.

- Hej, kochanie... – szepnął, stając za nią i przytulając ją – to tylko zły sen...

Odwróciła się, patrząc na jego nagie ciało. Ech, był piękny... Zadrżała.

- To nie jest sen – szepnęła – Ja nie żartuję, coś się dzieje.

Zdjęła znad kominka krótki miecz w skórzanej pochwie, na której widniało wypisane runami jej imię. Sprawdziła, czy klinga jest ostra. Przełożyła pas przez ramię i dopięła tak, żeby dało się wygodnie wyjmować. Harald stał obok niej w pełni ubrany. Zauważył, jak drżą jej dłonie i objął ją.

- Spokojnie... Kto, jak nie ty, ma dać radę...?

Wyszli przed dom. Mroźne powietrze i skrzypiący pod nogami śnieg uspokoiły ją trochę. Przez chwile wsłuchiwała się w ciszę. I omal nie krzyknęła, gdy ciszę przerwało wycie. Wilczy sygnał. Zupełnie blisko, przy krawędzi lasu... I drugi.... Poczuła zbliżającą się walkę i powoli ogarniający ją spokój. Zacisnęła dłoń na rękojeści miecza.

- Nie idź... – odezwał się Harald, widząc, że zmierza w kierunku, skąd dochodziło wycie.

- Nie będę czekać, aż i ze mnie zostanie krwawa plama na śniegu – odezwała się, a jej głos zabrzmiał inaczej niż dotychczas. Zadźwięczała w nim bezwzględność – Czekają na mnie. I się doczekają.

Ruszyła lekkim truchtem wzdłuż wydeptanej ścieżki, on ruszył za nią. Gdy weszli w ciemność, wyciągnęli miecze niemal równocześnie. Blade księżycowe światło leciutko rozbłysło na stali. Ylva znieruchomiała nasłuchując. Szelesty otaczały ją ze wszystkich stron, zbliżające się postacie czuła bardziej czymś w rodzaju intuicji, niż widziała je wzrokiem. Czuła niemal ich gniew, przyspieszone oddechy...

- Co to jest, do cholery? – szepnął Harald, stojący tyłem za jej plecami – Wilki? Czy wilkołaki?

- Nie wiem ....-  odparła. Usłyszała poruszenie po swojej prawej stronie i odwróciła się, gotowa na atak. Usłyszała szybkie kroki, pomiędzy drzewami coś błysnęło, rozległ się skowyt, nienaturalny, rozpaczliwy. Skoczyła w tamtą stronę, gotowa uderzyć w pierwszy kształt, który dostrzeże.

- Stój! – zimny głos był jak szczeknięcie. Po chwili zobaczyła w ciemności bladą twarz i białe włosy spięte opaską.

- Geralt – szepnęła – Dzięki Bogom! Co to jest? Czy to wilki....?

Wiedźmin zachwiał się lekko, Ylva wiedziała, że to eliksiry.

- Przyszły z nim... – odezwał się chrapliwie – Przyszły służyć i ochraniać, a on czai się wśród nich... Odejdź stąd....!

- Nie! – powiedziała, a w zapadłej nagle ciszy zabrzmiało to niemal jak krzyk – Nie odejdę...! Harald...? – nagle zorientowała się, że nie widzi młodzieńca – Harald?!

Usłyszała szamotaninę i kroki, skowyt znów wstrząsnął lasem. Trzymając miecz w jednej ręce puściła się biegiem w tamtym kierunku, świadomość, że może nie zdążyć, dodawała jej sił, których by się po sobie nie spodziewała. Nie słyszała kroków wiedźmina za sobą...

            Wpadła w coś, co stało jej na drodze i opaliła to na ziemię. Cięła w ciemność, ale klinga przecięła tylko powietrze. Przewróciła się, bo coś podcięło jej kolana, ale leżąc jeszcze zasłoniła się mieczem, w rezultacie czego poczuła na kołnierzu ciepłą ciecz. Podkurczonymi nogami odepchnęła napastnika i zerwała się z ziemi. I nagle zapadła ciemność.

 

Harald bał się. Przed nikim z całą pewnością by się do tego nie przyznał, zresztą potrafił doskonale panować nad własnymi emocjami, a uczono go, że strach pozwala nigdy nie zlekceważyć przeciwnika. Gdy Ylva zniknęła w ciemności, został sam oparty o drzewo. Słyszał kroki i miał wrażenie, że widzi nikłe świetliki wilczych oczu dookoła, ale nie dał by sobie ręki uciąć, że to nie jego własna wyobraźnia. Zacisnął dłonie oburącz na długim mieczu. To nie była jego pierwsza walka. Odetchnął głęboko. Usłyszał ruch na ścieżce, szybkie kroki, potem usłyszał, jak Ylva wzywa jego imię. Za nic nie chciał jej zawieść. Pobiegł w jej stronę i omal nie zderzył się z Geraltem, którego w ogóle nie usłyszał. Wiedźmin minął go i zniknął w ciemności. Harald miał ochotę zakląć na cały głos. Po jaką cholerę ona pobiegła w las? Niech to szlag! Ruszył naprzód na tyle, na ile pozwalała mu nikła widoczność. Słyszał przed sobą odgłos walki, potknął się o kosmate ciało wilka, leżące na ścieżce. I to uratowało mu życie, bo kolejny wilk przeskoczył nad nim zamiast spaść mu na kark. Harald czystym dolnym cięciem rozciął mu bok. I nagle usłyszał coś, czego się nie spodziewał... Dźwięczny odgłos miecza uderzającego o miecz. Przyśpieszył kroku, biegnąc niemal, bo odgłos walki nasilał się. Słyszał krzyk Geralta. Nie słyszał Ylvy.

             Wpadł w pobojowisko, znów niemal potykając się o wilcze zwłoki. W oddali słychać było ciche wycie, krótkie urywane skowyty, jak nawoływania. Wokół zapadała cisza.

            Stał w świerkowym zagajniku. Zgarnął ręką suche gałązki i sięgną do sakwy po krzesiwo i hubkę. Po krótkiej chwili nasączone żywicą gałązki zajęły się, oświetlając najbliższą okolicę. Harald dostrzegł kilka wilczych kształtów leżących w ciemnych kałużach. Dostrzegł jeszcze jeden kształt.

             Geralt był nieprzytomny Z szerokiej szarpanej rany wzdłuż lewego boku krew obficie wsiąkała mu w wełnianą kurtkę. Młodzieniec zaklął i wyjął nóż, tnąc na pasy własny płaszcz. Pospieszny opatrunek zatamował krwawienie, ale potrzebne było oczyszczenie rany.  I to szybko, zanim po wilczych zębach wda się zakażenie. Ale gdzie do cholery była...

            Dostrzegł ją zanim upadła. Miała włosy zlepione krwią, sznurowany pod szyją wełniany kaftan też był nasiąknięty krwią. Nie miała miecza. Osunęła się na kolana przy leżącym na ziemi wiedźminie.

- Geralt – szepnęła obejmując dłońmi jego twarz – Nie, nie odchodź teraz! Nie przeze mnie... Przepraszam....

- Za co przepraszasz? – szepnął Harald, obejmując ją – Co z tobą? Jesteś ranna?

- Nic mi nie jest – odparła  rwącym się głosem – To tylko zadrapania. Musimy go zanieść do domu.

- A co z ... tym wilkołakiem? Co z wilkami? – zapytał niepewnie.

- Odeszły – powiedziała cicho.

***

    Z trudem donieśli wiedźmina do chaty. Na szczęście odzyskał przytomność na czas, by poinstruować ich, jakich eliksirów mają użyć na ranę. Nie było krwotoku. Ylva była pocięta i poraniona, ale żadna z ran nie zagrażała jej szczególnie. Świt zastał ich siedzących w milczeniu, zapatrzonych w płomienie igrające w kominku.

***

Następnego dnia Geralt wyjechał. Pożegnał się z Ylvą, przeprosił wściekającego się wójta i wyjechał. Zabrał ze sobą Haralda. Ylva z żadnym z nich nie żegnała się długo. Ot, krótki, niemal zdawkowy pocałunek. Ale obaj nie lubili czułych pożegnań. Patrzyła więc ze wzgórza jak odjeżdżają. Tuliła psa. Ona też zaczynała już rozumieć.

***

- Dlaczego? – zapytał w końcu, gdy ostatnie dachy osady zniknęły im z oczu. Geralt nawet się nie odwrócił.

- Bo nie potrafiłbym jej zabić.

- Co?

- Jeszcze nie rozumiesz? – Geralt zatrzymał się – Jeszcze nie wiesz, że klątwa rzucona przez umierającego jest nie do odwrócenia? Przez umierającego, który ją kochał...

Zapadła chwila ciszy. Harald nie odważył się pytać dalej, choć bardzo chciał wiedzieć. Na szczęście wiedźmin wyręczył go.

- Czasem tak jest, że człowiek jest związany z jakiś zwierzęciem w sposób wyjątkowy i szczególny. Że ma jego naturę i charakter. Że jego dusza, gdyby móc ją zobaczyć, miałaby kształt owego zwierzęcia. Czasem los sprawia, że na takiego człowieka padnie magia. Nie taka, którą znasz, ta którą uczą w Ban Ard. Nie, inna. Pierwotna, głęboka, niemal nieuświadomiona. I bywa tak, że ta magia sprawi, że człowiek ten z każdą chwilą będzie bardziej owym zwierzęciem niż człowiekiem. I sam nawet nie będzie tego świadom. Będzie wybierał miejsca i ścieżki właściwe dla owego zwierzęcia, a inne zwierzęta jego gatunku będą się do niego garnąć, widząc w nim przywódcę. Kogoś, w kim jest ludzka mądrość. Bo taki człowiek zachowa wiedzę, uczucia i pamięć ludzką, z każdą chwilą będąc coraz bardziej zwierzęciem – wiedźmin umilkł na chwilę, wpatrując się w błękitny horyzont -  Ylva naprawdę ma na imię Marget. Marget z Bredenbergu. Imię Ylva dostała na Skellige, wiele lat temu. W języku wyspiarzy ylva znaczy wilczyca.

Developed by CD Projekt RED Powered by Bioware Aurora Engine Atari Nvidia Pegi Rating 18 ESRB Rating Mature 17+

"Dajcie Geraltowi szansę przez parę godzin, a będziecie zaskoczeni,podobnie jak ja,w pewnym momencie mówiąc , "To pierwszy RPG na PC który mnie zachwycił od czasu...”"
- Shacknews