
Sam Fisher
- Hej, wiedźminie! – zawołał ktoś do Geralta. Ten, szczerze powiedziawszy, był zdziwiony. W wioskach nie lubiło się wiedźminów. W tej nie tylko nie został przywitany gradem kamieni, ale jeszcze mógł do niej wjechać. A teraz ktoś do niego wołał.
- Taak?
- Mam dla ciebie pracę! – krzyknął gruby, nadęty chłop o twarzy pijaka. Wiedźmin nie zdziwił się, że mają zlecenie. Sądząc po tym, jak go przyjęli – będzie trudne i niebezpieczne.
- Jakiego rodzaju pracę? – „Zanim podejmę się wykonania roboty, lepiej się upewnić, co to takiego”, pomyślał. „I czy nie chodzi znowu o poborcę.”
- Chodź za mną. Zyvik, zaopiekuj się koniem.
Zyvikowi w wyraźny sposób spodobała się Płotka. Nie wyglądał on na chłopa. Raczej na żołnierza.
- Już idę.
***
- Widzisz, wiedźminie, mamy tu dość rozległe uprawy zbóż. Ale pola należą do kilku bogatych sukinsynów, którzy nie chcą ich ani oddać, ani odsprzedać.
- Nie biorę zleceń na ludzi. Poza tym, nie przedstawiłeś się.
- Wiedźminie, ja ci tylko nakreślam sytuację. Jestem Dhun, ale tu nazywają mnie raczej Szklanica. A tak na marginesie, ty też nie ujawniłeś swojego imienia.
- Geralt. Z Rivii.
- Słuchaj zatem, Geralt. Na polach pracowało wielu z nas, ale właściciele nie płacą im wiele. Właściwie to płacą marne grosze, a robota ciężka. Szukaliśmy więc innego zajęcia i znaleźliśmy je. Kilka mil stąd jest las, w którym są rzadkie drzewa.
- Jakież to rzadkie drzewa rosną w tym lesie?
- Sam nie wiem, grunt, że kupcy płacą nam dużo za drewno i korę. Co to za drzewa, nie wiemy i nie odchodzi nas to. Ważne, że między lasem a naszą wioską jest trzęsawisko. Coś zaczęło na tym trzęsawisku zabijać. Z roboty wracamy późno, po nocy, bo handlarze wołają coraz więcej drzewa i staramy się im go dostarczyć. W wiosce boją się, że jeśli nie spełnimy ich żądań, przestaną tu przyjeżdżać i zostanie nam ino praca na roli.
- A czy kiedy wracaliście w dzień, nic się nie działo?
- Kilku ludzi zaginęło, ale pewnie się utopili. To są trzęsawiska! Jak się nie uważa, to się nie wraca. Chcę, żebyś zbadał sprawę i zlikwidował zagrożenie. Ile nas to wyniesie?
- To zależy.
- Zależy? Od czego? Geralt?
- Od tego, co tam napotkam.
***
Wiedźmin był na trzęsawisku. Był wieczór, ale słońce jeszcze nie zaszło. Sprawdził na wszelki wypadek, czy srebrny miecz łatwo wychodzi i poszedł zobaczyć, co to za szczególny rodzaj drzew rośnie w lesie.
Geralt dość mocno się zdziwił. „Lasem” już nie można było tego nazwać. Zauważył jednak, że ktoś wykopał pnie ściętych drzew. Były to jednak dęby, sądząc po tym, co z nich pozostało. Ale nie było wątpliwości, że to je wycinali wioskowi.
Ściemniało się szybko, więc wiedźmin, nie znalazłszy niczego niezwykłego, cofnął się na trzęsawisko i czekał.
Dość szybko znalazł rozwiązanie problemu – utopce. Nie wierzył, żeby zwykłe utopce mogły po cichu zabijać wieśniaków, Szklanica zapewnił go, że noszą broń. A utopce hałasem się nie przejmowały, bardziej swoim bezpieczeństwem okrążenie intruza zajęło by im dobrą chwilę. Każdy wieśniak mógłby w takiej sytuacji wołać na pomoc, więc to jednak nie to.
”Ale utopce trzeba by wybić” – pomyślał Geralt. Wyjął miecz i natarł na przeciwników, zanim zdążyli się zorganizować.
Pierwszy stracił głowę zanim zdążył się poruszyć. Drugi padł przeszyty mieczem. Następny nie czekał na śmierć, tylko odwrócił się i uciekł. Wiedźmin nie gonił go. Wiedział, że to nie to. Początkowo chciał biec za nim, ale zobaczył coś, co leżało nieopodal.
Zauważył trupa.
Trup był co najmniej tygodniowy i już obżarty. Jednak nie był on robotą utopców.
Bo z jego pleców wystawała strzała.
Geralt po chwili namysłu wyjął z niego strzałę. Odwrócił się i odszedł.
***
Wszedł do karczmy głośno, tak, żeby mieć pewność, że Dhun go zauważy. Nie pomylił się – zauważył go i zaprosił do stolika.
- Siadaj, Geralt. Czego się dowiedziałeś?
- To nie potwory zabijają ci ludzi, Dhun.
- Nie? A co twoim zdaniem?
- Popatrz na to – wiedźmin wyjął strzałę.
- Uuu – Szklanica gwizdnął – to pewnie elfy albo jakie driady. A myślałem, że to utopce.
- No właśnie. Utopce. Ich też jest dużo na tym waszym trzęsawisku, nie przeszkadzają wam?
- Niespecjalnie, większość z nas radzi sobie z nimi, woła o pomoc…
- Więc czemu przed chwilą przyznałeś, że byłeś pewny, że to utopce?
- Utopiec nie może zajść od tyłu? I zadusić? Ja myślałem, może. I że tak właśnie giną ludzie.
- No to widzisz, że to co innego. Teraz jesteś mi winien zapłatę.
- Nic ci nie jestem winien, nie zlikwidowałeś zagrożenia, nie dowiedziałeś się, kto zabija! – Dhun wyraźnie się zdenerwował. – Wyśledź, kto to robi! I wtedy wróć…
***
Kiedy Geralt wyszedł z karczmy, podszedł do niego Zyvik. Ten, który wcześniej zaprowadził jego konia do stajni.
- Panie wiedźmin…
- Tak?
- Dowiedzieliście się, co zabija naszych?
- Nie. Ale w jednym z trupów była strzała.
- Tam kiedyś było terytorium elfów. Ale bogaci wygnali ich stamtąd, bo myśleli, że natrafią na więcej pól.
- Kim są ci bogaci? Nigdy nie mówicie o nich inaczej, jak „bogaci”.
- Bo i nikt ich nie widział, panie wiedźmin. Dziwne to, po prawdzie… Nie wiemy, dla kogo pracujemy. Nikt nie wie.
- Nie wiecie? A to drzewo? Czemu jest takie drogie dla kupców?
- Po mojemu to zwykłe dęby. Ale nie będzie z tego nic dobrego. Co z tego, że mamy zarobek, jak niedługo nie będzie lasu.
- Kto sprzedaje drzewo handlarzom?
- Nie powiedział wam? Szklanica rozmawia z przyjezdnymi. On też wypłaca innym pieniądze za pracę na polu. On żyje dobrze i bogato, niczego mu nie brak, bo zyskuje na pośrednictwie między bogatymi a nami.
- Zyvik… nie jesteś chłopem. A moja Płotka wyraźnie ci się spodobała. Kim ty jesteś?
- Kiedyś byłem dziesiętnikiem. Kawalerzystą. Stare dzieje… wywalili mnie z armii. Dokopali się do tego, cośmy robili w Aedirn podczas wojny w Nilfgaardem. Byłem wtedy na służbie u króla Henselta. Szliśmy tak z pomocą, hehe. Ale prawda była taka, żeśmy łupili, mordowali i gwałcili baby. Po wojnie Henselt, żeby nie stracić twarzy przed Demawendem, powyrzucał z wojska dziesiętników, setników… ino generałów zostawił.
- Smutne.
- Prawdziwe. Wylecieliśmy na potrzeby pokoju. Dlatego jestem tu, w tej zapyziałej dziurze.
- Już czas na mnie, Zyvik. Muszę się dowiedzieć, kto…
- Powodzenia, Panie wiedźmin.
***
Geralt śledził grupę chłopów wracających z lasu. Nagle jeden z nich się odłączył. Wyglądało na to, że musi udać się za potrzebą. Kiedy już skończył i miał zamiar wrócić do kompanów, z drzewa wyleciała strzała i trafiła go w kark. Wiedźmin był pewien, że już nie żyje, więc nie poruszył się. Czekał na ruch kogoś – lub czegoś – siedzącego na drzewie.
Z niego zręcznie zszedł półelf. Ruszył w głąb trzęsawiska. Geralt ostrożnie ruszył za nim, starając się uważać na to, gdzie stąpa.
Po pół godziny drogi ukazała się mała chata. Półelf widocznie do niej wszedł, bo nie było go w pobliżu. Geralt otworzył drzwi i wkroczył do środka.
Przy stole siedziało kilku ludzi, półelf i Dhun. Kiedy ten ostatni zobaczył wiedźmina, wstał nagle, zdziwiony, i wystękał:
- Geraaalt… co ty tu robisz?
- Ja się ciebie powinienem zapytać, co ty tu robisz. Ale nie muszę, bo wiem. Ludzie się burzyli, że na trzęsawiskach ginie dużo wioskowych, więc by trochę polepszyć nastroje wynająłeś wiedźmina? Chciałeś wszystko zwalić na utopce, bo wiedziałeś, że jest ich tu dużo. A drzewa? To zwykłe dęby, kupcy byli przez ciebie opłacani, bo chciałeś zwolnić miejsce pod nowe pole.
- Sprytnie, wiedźminie, sprytnie. Nie dodałeś jeszcze, że nie ma żadnych bogatych, że to ja nimi kieruję. Że chciałem im wybić z głowy myśl o pracy poza polem. A miejsce na nowe pola, choć coraz mniej rąk do wycinki drzew, bardzo się przyda.
- Ale nie uwzględniłeś w swoich planach, że wiedźmin nie da się tak łatwo zwieść… że odkryję to wszystko.
- Cóż to za problem? Przecież ty nie wyjdziesz stąd żywy. Jest nas tu pięciu tęgich chłopa i półelf na dodatek. Nie dasz sobie rady.
Wiedźmin wyjął miecz i cofnął się o krok.
- Łudzisz się, że ci się uda? Zaraz pozbędziesz się złudzeń.
Skinął głową. Półelf naciągnął cięciwę i wypuścił w Geralta strzałę.
Wiedźmin poruszył ręką, metal uderzył o metal.
Strzała wbiła się w sufit chaty.
- Odbił… - stęknął Dhun – odbił w locie!
Ale nic więcej powiedzie nie zdążył. Wiedźmin rzucił się na nich, rozpruł mieszańca, reszta wyciągnęła pospiesznie miecze. Pierwszy dostał cięcie w skroń i opadł bezsilnie na podłogę. Drugi wyprowadził cios w podbrzusze, który wiedźmin sparował i ciął go przez pierś. Następny nie zdążył złożyć miecza do sparowania, tak bardzo drżały mu ręce. Ostrze rozcięło mu tętnice szyjną. Ostatni, poza Dhunem, próbował zranić wiedźmina, ale zrobił to tak niezdarnie, że miecz wypadł mu z ręki. Geralt chciał go dobić, ale Dhun rzucił siekierką. Trafił. W głowę swojego kompana.
- Wiedźminie… porozmawiajmy…
- Musisz zginąć, Szklanica. Ale miałeś rację: to potwory zabijały ludzi na trzęsawiskach. Takie potwory, jak oni, z rozkazu takich potworów, jak ty.
- Mam pieniądze… więcej, niż potrzebujesz… oszczędź!
- Łudzisz się, że ci się uda?
Miecz opadł na Dhuna.
Wiedźmin odwrócił się i wyszedł.
***
- Więc mówicie, panie wiedźmin, że to wszystko Szklanica robił? Ludzi zabijał, kazał drzewa wycinać, oszukiwał ludzi? – zapytał Zyvik, po tym, jak Geralt wytłumaczył ludziom, czemu Dhun już nie wróci.
- To on. – potwierdził wiedźmin chrapliwie.
- Panie Geralt… dziękuję. Przygotowałem konia do drogi. Ale przedtem… macie tu trochę pieniędzy. Wiem, że zabiliście wcześniej utopce. Szklanica już nie ma jak za nie zapłacić.
- To więcej niż zwykle biorę za utopce – powiedział wiedźmin, ważąc sakiewkę w dłoni. Nagle do głowy przyszła mu pewna myśl:
- Skąd masz pieniądze, Zyvik?
- Panie Geralt, myśmy wiedzieli, że Szklanica i tak wam nie zapłaci. Więc zrzuciliśmy się, pogadaliśmy… i zebraliśmy dla was zapłatę za zlecenie. Początkowo było niewielkie, ale teraz możemy dać większe, bo pola są już nasze.
- Ale i tak jest za duża, jak na utopce.
- Bo to nie tylko za utopce. Zabiliście także inne potwory.
Geralt popatrzył na Zyvika.
- Jesteś mi coś winien? Znasz mnie?
- Panie wiedźmin… kiedyś, w bitwie pod Brenną, zginął inny wiedźmin. Ech, majster był do miecza, chociaż młodzik! Coën go wołali, a ja poznałem go w przeddzień bitwy. Równy chłop. Zginął, przebity jakimiś widłami… nieśli go z pola bitwy, ale dostał w serce… nie odratowali go.
Geralt wsiadł na konia i odjechał.
Mgła uniosła się nad trzęsawiskiem…