therion81


 

 

Gdyby Golan Vivaldi znalazł się nad brzegiem Pontaru w innym czasie i w innych okolicznościach z pewnością dostrzegłby urzekające piękno nadbrzeżnego krajobrazu. Zachwyciłby się ogromnymi, rozłożystymi kilkusetletnimi dębami, bukami, których wierzchołki zdawały się sięgać nieba, smukłymi sosami, które wydzielały intensywną woń żywicy. Wyssana z mlekiem matki, odziedziczona po siedmiu pokoleniach Vivaldich żyłka do prowadzenia interesów nie pozwoliłaby mu  przeoczyć  niemałych skupisk mandragory rosnącej wszędzie wokoło oraz  nelumbo mezereum – rośliny, z której wywar pozwalał na kontrolowanie mocy, handel którą umożliwiał błyskawiczne zdobycie fortuny o ile ktoś był na tyle odważny lub też głupi, aby złamać wymuszony przez Lożę zakaz jej posiadania obowiązujący w większości Królestw Północy. Vivaldi nie miał jednak czasu na zachwycanie się dębami i bukami, na upajanie się zapachem żywicy, na zainteresowanie się nulembo i dziwostrętem. Golan Vivaldi bardzo się spieszył. Jak najszybciej chciał dotrzeć do zupełnie niepozornego młodnika zarośniętego przez zupełnie niepozorne olchy, brzozy i karłowate sosny. Powoli brakowało mu sił, był zmęczony długotrwałym biegiem. Gdyby zdołał tam dotrzeć, ciężki koń ścigającego go człowieka ugrzązłby na podmokłym gruncie, różnica w budowie ciała pozwoliłaby mu sprawniej poruszać się po gęsto zarośniętym terenie, być może udałoby się mu nawet ujść pogoni. Niestety dotrzeć się mu tam nie udało.  Potknął się, stracił równowagę i runął wprost na krzak białego mirtu. Podnieść się już nie zdążył. Poczuł silne uderzenie w tył głowy. Stracił przytomność.

Vivaldi leżał związany na małej polance nieopodal pnia powalonego przez burzę jesionu. Polana ograniczona była od północy i zachodu lasem a od strony zachodniej rzeką oraz szerokim rozlewiskiem. Kilkanaście kroków od niego, na skupisku kamieni przy rozpalonym ognisku siedział mężczyzna. Nad ogniem piekł się ptak- drop albo nur jak ocenił krasnolud.  Golan spróbował rozluźnić więzy na rękach. Człowiek siedzący przy ognisku zauważył ruch, podszedł do niego i popatrzył mu prosto w oczy.

- No panie krasnolud, obudziliście się wreszcie – powiedział. – Już zaczynałem się martwić, że za mocno was stuknąłem, że wyzioniecie mi tu ducha. Oj niedobrze by było, niedobrze. Bo musicie wiedzieć panie Vivaldi, że mam wobec was pewne plany. A bardzo istotną ich częścią jest to abyście żyli, przynajmniej na początku ich realizacji.

Zbliżył się do stojących nieopodal koni, z torby przytroczonej do siodła jednego z nich wyjął nóż, którym odkroił sobie kawałek piekącego się mięsa. 

- Solidnie zgłodniałem przez tą pogoń. Nie miałem pojęcia, że polowanie na nieludzia jest aż tak męczące, podziwiać zaczynam tych co zajmują się tym zawodowo. Kto by pomyślał, że krasnolud może biec aż tak szybko, gdy próbuje ocalić swój zadek. Ile ty właściwie masz lat Vivaldi? Dziewięćdziesiąt? Sto dwadzieścia? Dwieście? I co, nie znudziło się jeszcze życie? Nie zbrzydło, pomimo że straciłeś  wszystko, że jesteś  biedny jak mysz kościelna? Bo po tym jak uciekałeś wydaje mi się, iż jednak ani nie zbrzydło ani nie znudziło. Że chętnie pożyłoby się jeszcze trochę.   

- Duweisheyss człowieku- warknął krasnolud. – Zastanawiałem się nad motywami, które skłoniły cię do pogoni za mną, do tylu trudów i wysiłków, które jak sam przyznałeś nie były ci miłe. A tu się okazuje, że motyw ten, co zawsze. Zwykła, zawszona, pieprzona prymitywna nienawiść na tle rasowym. Ktoś jest inny, więc trzeba go tropić i ścigać przez wiele tygodni, ogłuszyć i związać jak wieprza czekającego na rzeź. Dlaczego wy tak bardzo nienawidzicie wszystkiego, co jest inne? Wiesz człowieku? Bo jak nie to ci wytłumaczę. Nauczysz się może czegoś.

- O proszę - zaśmiał się mężczyzna. – Czym zasłużyłem sobie na taką łaskę. Co sprawiło, że podzielisz się ze mną, włochatą małpą, mądrością starszych ras? Zamieniam się w słuch!

- Bo widzisz człowieku, wy nienawidzicie nas, elfów, gnomów, driad i wszystkich innych ras, które były tu przed wami, gdyż czujecie, że jesteśmy lepsi a tego znieść nie możecie. Zjada was zazdrość. Zazdrościcie nam, tego, co mamy, tego, czego wy nie będziecie mieli nigdy. Elfom zazdrościcie ich kultury, widzicie piękno ich budowli a ponieważ nie umiecie zbudować czegoś, co było by nawet odrobinę równie kunsztowne chcecie zniszczyć elfy, zrównać z ziemią ich miasta. Zazdrościcie krasnoludom i gnomom ich technologii. Driadom ich wolności. Boli was to, że żyjemy wielokrotnie dłużej od was. Paraliżuje was zwierzęcy strach przed śmiercią, zdajecie sobie sprawę z marności waszego życia, które trwa wystarczająco długo aby napłodzić dzieciaków ale jest zdecydowanie za krótkie aby zrozumieć cokolwiek z uniwersalnych praw rządzących światem. Jesteście jak zaraza, jak wirus niszczący wszystko w około byle tylko własne chwilowe nic nieznaczące zachcianki zostały zaspokojone.

- Ha ha ha- zaśmiał się mężczyzna- skąd wy wszyscy bierzecie te teksty. Macie jakieś broszury, z których uczycie się ich na pamięć? Ostatnio przypatrywałem się egzekucji kilku wiewiórek. Gdy prowadzono ich na miejsce straceń jeden elf krzyczał słowo w słowo to co ty mi tu tak uciesznie wyłożyłeś. Że ludzie to włochate małpy, zaraza i ogólnie to skurwysyny, jakich mało. Retorykę musiał  ćwiczyć zapewne, bo mówca z niego był pierwszorzędny. Zrobiła na mnie wrażenie ta jego przemowa, zmusiła do refleksji i przemyśleń, wprawiła w melancholię.  Przeszło mi jednak od razu gdy  zobaczyłem jak ten elf umierał. Jak cała duma i buta uszła z niego gdy kat rozpalił do czerwoności żelazo. Gdy wypalał mu oczy nie krzyczał już o wyższości starszych ras, skomlał i błagał o litość. Gdy kat łamał mu kości i darł skórę pasami nie było słychać krzyku o pogardzie dla ludzi, a jedynie bełkot i nieartykułowane wrzaski. Zrozumiałem wówczas, że to całe gadanie o waszej wyższości moralnej to pic na wodę i dym w oczy. Bo o rzeczywistej sile nie świadczy wyższość moralna ale skuteczność działania.  W tym bijemy was na głowę. A wy wiecie o tym, że przegrywacie, że nie macie szans.  

Vivaldi milczał patrząc się ponuro w ogień.  Karpuda żerująca przy brzegu głośno plusnęła ogonem.

- A wiesz, co was najbardziej boli –odezwał się po chwili ciszy mężczyzna. – To, iż wiecie, że popełniliście fatalną pomyłkę a duma nie pozwala się wam do niej przyznać. Widzisz tę rzekę? Pontar? To w jego ujściu wylądowaliśmy przed wiekami i zaczęliśmy eksplorację kontynentu. Wy, starsze rasy zobaczyliście, że jesteśmy słabi, że mamy gorszą technologię, że długość naszego życia to dla was mgnienie oka. I nie doceniliście nas, odizolowaliście się, skryli za maską dumy i pogardy. Gdybyście wówczas zaczęli się integrować może mielibyście szansę na przetrwanie. Bo wówczas potrzebowaliśmy waszego złota, waszej stali, waszych technologii a sami nie mogliśmy ich zdobić. Krótkie życie, które uważaliście za naszą  największą słabość okazało się największą zaletą, gdyż jest równoważone płodnością, o której wy tylko mogliście marzyć. Zanim się zorientowaliście ten świat nie należał już do was. A wy staliście się reliktem skazanym na wyginięcie. Więc nie pierdol mi tu Vivaldi o wyższości rasowej starszych ludów, bo teoria ta staje się śmieszna, gdy skonfrontujemy ją z rzeczywistością.

- Zatem wytłumacz mi jedno – powiedział krasnolud uśmiechając się pogardliwie. -Wytłumacz mi, czemu poświęciłeś tyle czasu z twojego tak krótkiego  przecież życia, na tropienie mnie, krasnoluda, reliktu przeszłości, który przecież i tak  skazany jest na zagładę? Dlaczego zamiast korzystać z największej zalety waszej rasy w bordelach, i przydrożnych zajazdach znosiłeś trudy i niewygodę?  Teraz ja zamieniam się w słuch. Bo jestem ogromnie ciekaw co też mi odpowiesz.

Mężczyzna kucnął przy ognisku, rozgrzebując płonące polana kawałkiem złamanego kija. Uśmiechał się przy tym równie zagadkowo co paskudnie. Wreszcie zabrał głos:

- Zdziwisz się Vivaldi. Bo akurat w tym konkretnym przypadku to, że jesteś krasnoludem nie ma nic do rzeczy. Równie dobrze mógł byś być elfem, gnomem, smokiem a nawet samym komturem Zakonu Płonącej Róży. Sprawa jaką do ciebie mam ma charakter czysto osobisty.  Skoro zamieniasz się w słuch to dobrze, bo mam ci sporo do opowiedzenia. Słuchaj zatem Vivaldi. Nazywam się Amstel Brugge. Byłem jednym z klientów twojego banku. Zapewne mnie nie pamiętasz, nie jest możliwe abyś pamiętał wszystkich swoich interesantów, chociaż  teraz będziesz już pamiętał, najpewniej do końca twojego życia, które z resztą szczerze mówiąc prawdopodobnie nie będzie zbyt długie.

Człowiek przerwał swoją wypowiedź i popatrzył w oczy krasnoluda, nie zobaczył tam strachu, którego się spodziewał, na twarzy Vivaldiego malowała się wyłącznie pogarda i zimna nienawiść.

- Nie boisz się jak widzę – parsknął. – No cóż, na to przyjdzie czas, uwierz mi, zanim  dziś wzejdzie księżyc będziesz się bał. Bardzo.

              Amstel  okrążył kilka razy ognisko,  przeciągnął się, z torby przytroczonej do siodła wyjął małą manierkę, pociągnął z niej kilka łyków, skrzywił się okropnie.

- Mahakamski trójniak – powiedział. – Co jak co,  miody potraficie robić piekielnie mocne. Ale wracajmy do naszej historii. Przez większość mojego życia byłem najemnikiem. Na czym polega ta praca nie będę tłumaczył, wiesz to zapewne doskonale. Gdy wybuchła wojna z Nilfgaardem, walczyłem w Wolnej Kompani. Po bitwie pod Brenną jednak coś we mnie pękło, doszedłem do wniosku, że to, iż do tej pory udawało mi się wychodzić w miarę cało z wszystkich potyczek i bitew zawdzięczam szczęściu przede wszystkim. A jak wiadomo, im dłużej polega się na szczęściu tym większe prawdopodobieństwo, że się ono do nas odwróci. Ponieważ w tym konkretnym przypadku konsekwencje utraty łask fortuny byłyby dla mnie nader poważne rzuciłem wojaczkę. Miałem trochę oszczędności, wystarczyło na zakup niewielkiego domku w Dzielnicy Świątynnej w Wyzimie. Zająłem się drobnym handlem, ożeniłem. Wiodło mi się średnio, do garnka zawsze było co włożyć, na piwo i wino też wystarczało, mimo braku luksusów nie narzekałem. Aż któregoś dnia przypadkiem zdobyłem informację, dzięki której mogłem zapewnić sobie dostatni żywot w najlepszej części Dzielnicy Handlowej do końca moich dni. Dowiedziałem się, że na wiosnę cena wina z Toussaint sięgnie astronomicznych wartości. Pewnym wpływowym ludziom przerwanie jego dostaw do Królestw Północnych będzie bowiem bardzo na rękę. Najemnicze życie nauczyło mnie nie stronić od ryzyka szybko powziąłem decyzję – zostawiam ciężarną podówczas żonę i wyruszam do Toussaint aby przed wiosną moja piwnica była wypełniona najlepszymi winami jakie tam produkują. Potrzebowałem tylko jednego - pieniędzy. Tutaj z pomocą przyszedł mi bank Golana Vivaldiego. Pożyczyłem pięć tysięcy orenów, procent wynosił dwadzieścia części od stu, termin spłaty dziesięć miesięcy.

- No cóż- odezwał się Vivaldi. – W momencie zaciągania długu warto pomyśleć o jego spłacie. Jeżeli bowiem to jest powodem…

Mężczyzna podbiegł do Vivaldiego i wymierzył mu kopniaka w żebra. Wyjął mały sztylet i przyłożył go do szyi krasnoluda.

- Nie przerywaj mi z łaski swojej- wyszeptał. Jest czas na ucztowanie jest i czas na wymiotowanie jak mawiał prorok Lebioda. Jeśli zinterpretujemy to przysłowie przez pryzmat twojej obecnej sytuacji to teraz masz czas na słuchanie, czas na mówienie będziesz miał gdy skończę. Rozumiesz?

            Vivaldi pokiwał głową. Mówić nie mógł gdyż kopniak pozbawił go oddechu.

 - To dobrze, że rozumiesz – zaśmiał się Amstel. – Widzę, że zaczynasz wykazywać zdrowy rozsądek. Tak więc jak już mówiłem zaciągnąłem kredyt i wyruszyłem w drogę. Do Toussaint dotarłem bez większych problemów, problemów nie było również z zakupem wina. Trzy wozy załadowane najprzedniejszym Est Est, Erveluce, Firano oraz  Pomino.  Nie przewidziałem jednak czegoś, co powinienem przewidzieć. Nie wiem czy zauważyłeś, że zimy  ostatnio są znacznie surowsze niż były. Ta była wyjątkowo surowa. Mrozy były takie, że jezioro Wyzimskie pokryło się lodem grubym na dwa łokcie. Podróżni skracali sobie  przez nie drogę, jeździły po nim obładowane wozy. Jakiś idiota  postawił nawet, wyobraź sobie, na jego środku karczmę. Masa ludzi się potopiła gdy Vodanoi się wkurzyli i skruszyli pod nią lód.  Jak ta zima wyglądała na górskich przełęczach otaczających Toussaint nie muszę ci tłumaczyć. Zostałem całkowicie odcięty, z powrotem do domu spóźniłem się kilka miesięcy. Wyobraź sobie moje zdziwienie Vivaldi, gdy odkryłem, że w domu, w którym spodziewałem się zastać żonę i dziecko zastałem całkiem obcych ludzi. Wyobraź sobie mój gniew, gdy dowiedziałem się, że twój bank wynajął zbirów do egzekucji długu, z którego spłatą się spóźniałem. Kilku podejrzanych typów wdarło się do wieczorem do mojego domu i zajęło go w imieniu banku Vivaldich. Nie przeszkadzało im to, że jest tam kobieta i kilkutygodniowe dziecko.  Moją żonę zgwałcili i wyrzucili razem z moim synem na bruk. Był wieczór i było bardzo mroźno. Litość dobrych ludzi była dla nich jedyną szansą na przeżycie nocy. Tak się jednak złożyło, że Avenka, takie było bowiem imię mojej żony, tej nocy nie spotkała żadnych dobrych ludzi. Pochowano ją razem z dzieckiem następnego dnia w zbiorowej mogile niedaleko szpitala. Przez jakiś czas  moja rozpacz była tak wielka, że tylko butelka była w stanie ją ukoić. Ale czas szybko leczy rany i rozpacz zmieniła się w gniew a gniew przeszedł w pragnienie zemsty.

- Nie wiem dlaczego masz do mnie pretensje Amstel – odezwał się Vivaldi. W jego głosie było znacznie mniej pewności siebie niż przez kilkoma minutami. – Wiesz jakim skomplikowanym mechanizmem jest bank? Czy Ci się wydaje, że osobiście wydaję każde polecenie i instrukcje?  W większości przypadków odpowiednie postępowania sterowane są przez regulamin. Regulamin mówi na przykład, że jeżeli ktoś spóźnia się ze spłatą długu bank może przejąć jego mienie w wartości odpowiadającej zaciągniętemu kredytowi powiększonej o kwotę odsetek ustalonych przy zawieraniu umowy oraz odsetek karnych zależnych od opóźnienia w spłacie. Nie zrozum mnie źle, rozumiem twoją stratę i współczuję ci ale  nie ja jestem winny. To zbyt niski poziom abym zajmował się tym osobiście. Od tego są odpowiedni ludzie. To oni cię skrzywdzili nie ja. Z resztą ciężko mówić tu o krzywdzie, skoro przy zaciąganiu kredytu czytałeś regulamin i zaakceptowałeś go. Można tutaj mówić wyłącznie o pechu i nieszczęśliwym zbiegu okoliczności.

- Vivaldi nie pierdol – warknął mężczyzna. – Może mi powiedz, że nie wiedziałeś, kim są odpowiedni ludzie i jakie są metody ich działania Może sądziłeś, że w dziale windykacji zatrudniani są druidzi, którzy tłumaczą opornym, że długi trzeba spłacać gdyż jest działanie całkowicie naturalne?  Z resztą, Vivaldi, ja nie mam zamiaru dochodzić kto w jakim stopniu jest winny.  Ludzi którzy zajęli mój dom znalazłem na samym początku, gryzą już piach od dłuższego czasu. Ale to mi nie wystarczyło, głód zemsty nadal nie dawał mi spokoju. Wykorzystując znajomości ze starych czasów oraz świeżo zdobyte pieniądze doprowadziłem do tego, że utraciłeś bank. Ale dalej było mi mało. I tutaj dochodzimy do punktu którym znajdujemy się obecnie.  Wiesz co z tobą teraz zrobię?  Cierpliwości, bo już za chwilę zobaczysz.

            Mężczyzna wyjął z torby leżącej na ziemi dwa kawałki mocnego sznura. Jeden z końcy każdego z nich przymocował do uprzęży koni, drugą końcówkę zawiązał wokół lewej i prawej stopy krasnoluda, którego twarz zrobiła się blada jak śnieg.

- Widzisz Vivaldi to dość popularna metoda pozbawiania życia. Zwłaszcza gdy chce się go kogoś pozbawić w tak samo bolesny jak i widowiskowy sposób. Bierze się cztery mocne sznury lub łańcuchy, wiąże się  po jednym do każdej z kończyn, drugie końcówki mocuje się do czterech koni. Następnie pędzi się konie w cztery strony świata. Jeżeli delikwent jest na tyle odporny, że udaje mu się przeżyć mimo szoku wywołanego przez wyrwanie kończyn, mimo upływu krwi, to co z niego zostanie daje się do zabawy dzieciom. Nawet nie wiesz jakie okrutne mogą być dzieci Vivaldi. Ja jak widzisz dysponuje niestety tylko dwoma końmi, ale to nie problem. Jak zapewne zauważyłeś twoje ręce przywiązane są do pnia drzewa. A jest to bardzo solidny pień.

            Vivaldi zaczął się bać, zaczął się bać tak że mimo upalnego dnia zrobiło mu się zimno, zaczął się bać tak, że nie mógł opanować dreszczy i szczękania zębów. Z jego głosu zniknął ton dumy i pogardy, zastąpiony został płaczliwym głosem błagającego o litość.

- Proszę  Amstel – wyjąkał – miałeś rację , nie znudziło mi się życie , nie chcę umierać, nie w taki sposób, proszę cię i błagam daruj mi życie, daj mi szansę  a wynagrodzę cię po stokroć.

- A czym wynagrodzisz krasnoludzie- zaśmiał się człowiek. – Czym mi zapłacisz skoro straciłeś wszystko? Wiesz znowu cię zdziwię. Dam ci szansę. Taką jaką miała Avenka i jej dziecko. Nie szarpnę za uzdy koni,  nie każę im rozerwać cię na strzępy. Po prostu zostawię cię tak jak jesteś tutaj. Razem z końmi. Być może rano odnajdzie cię ktoś i uratuje. A być może wcześniej zjawią się tu wilki. Musisz wiedzieć, że moje konie bardzo boją się wilków, musisz też wiedzieć, że wilki w tutejszych lasach bardzo rozsmakowały się w koninie. Jak myślisz jak zachowają się konie gdy usłyszą wycie w pobliskich zaroślach,  gdy zobaczą atakującą watahę. Być może  będą stały spokojnie i nie będą próbować uciekać. Być może też wilki się nie zjawią. Jak sądzisz Vivaldi?  Powiem ci tylko, że ja bym nie liczył na żadną z tych dwóch okoliczności.  Żegnaj krasnoludzie. I miłej nocy.

            Amstel Brugge odwrócił się i skierował w stronę lasu. Nie odpowiedział na głośne prośby związanego krasnoluda, nie odpowiedział na jego płacz. Nie odpowiedział wreszcie na jego przekleństwa i złorzeczenia.  Odszedł bez słowa. Powoli zapadał zmrok.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Developed by CD Projekt RED Powered by Bioware Aurora Engine Atari Nvidia Pegi Rating 18 ESRB Rating Mature 17+

"Te kilkadziesiąt godzin spędzonych z Geraltem, to jedne z lepszych growych przeżyć ostatniego czasu."
- Imperium Gier