heraldyk

Miłka



Deszcz padał. Uporczywie. Lał się z gęstych chmur długimi, równymi sznurami ani się spiesząc, ani siląc na zacinanie, ale nie omijał niczego i nikogo. Dźwięcznym plaśnięciom kropel odpowiadał brzęk pękających na powierzchni wody bąbelków przetykany soczystym mlaskaniem przemoczonych butów. Wszystko razem litościwie tłumiło skwierczenie przepływającej między palcami stóp wody.

Psa z kulawą nogą nikt by w taką pogodę nie wygonił.

Wiedźmin to co innego.

Wygonił się sam.

Wąska ścieżka klucząca między drzewami usiłowała rozpłynąć się we wszystkich kierunkach na raz i tylko kępy trawy trzymały ją ponad rozległą zieloną równiną przebitą z rzadka martwym pniem czy inną kępą traw i drzew. Gdzieniegdzie między łodygami pobłyskiwały odbiciem ołowianego nieba zwodniczo płytkie kałuże, ale nogi, które nie miały do nich dość szacunku, zostały tu zapewne razem z właścicielami. Pachniało ziemią, zgnilizną i zastaną wodą. Powietrze zdawało się lgnąć do ziemi i oblepiać wszystko niby mokra szmata. Dźwięki roztapiały się w nim w bezkierunkowe odległe szelesty i tylko wodę słychać było bardzo blisko i wyraźnie.

Piękna pogoda dla utopców.

Ponoć aż się tu od nich roiło.

Ale im gospodarz ze wsi, który ochoczo chciał płacić za każdego ubitego, chyba zapomniał o tym powiedzieć.

Wiedźmin skrzywił się, ale nie splunął. Wody miał już dosyć. Kapała mu z nosa, zlepiała rzęsy, ściekała po twarzy, mieczu i wszędzie, gdzie by jej sobie nie życzył, gdyby była uprzejma spytać go o zdanie. Ruszył wilczym kłusem, błądząc oczyma po przeraźliwej, bagiennej zieleni i mokrych pniach w poszukiwaniu ruchu. Nawet sklejone deszczem trawy nie próbowały falować, tylko błoto złośliwie usuwało mu się spod stóp. Ale te akurat pamiętały gorsze rzeczy. Chyba.

Gdzieś z daleka nadpłynęła cicha, łagodna piosenka. Jak kołysanka dla dziecka.

Zwolnił, nasłuchując. Piosenka urwała się, jakby jej nigdy nie było. Amulet drgnął leciutko.

Wiedźmin stanął. Zmarszczył brwi i rozejrzał się podejrzliwie. Deszcz padał, trawy lgnęły do siebie, a kałuże wzdymały się bąbelkami, schwyciwszy co większe krople w objęcia brudnej wody. Cisza. O ile pominąć całe to kapanie i skwierczenie.

Ostrożnie ruszył dalej. Po chwili piosenka wróciła. Bliższa, wyraźniejsza, bez słów.

Amulet drgnął raz i drugi, aż zaczął delikatnie wibrować.

Wiedźmin powoli wyjął miecz. Złowił uchem ciche chlupotanie, niemal tuż obok. Minął szerokim łukiem kępę drzew i zatrzymał się, ogarniając spojrzeniem drobną, skuloną postać oddzieloną od niego wąskim pasem niepewnej zieleni. Mokre, czarne włosy spływały w nieładzie po jej ramionach, tonąc w odsłoniętej tafli wody. Szczupła ręka oblepiona rękawem koszuli zwieszała się do grzęznących w błocie stóp. Dłoń bawiła się wodą, chlapiąc nią bez celu od czasu do czasu. Dziewczyna podniosła głowę, wbijając w niego spojrzenie wielkich, ciemnych oczu. Uśmiechnęła się zalotnie sinymi wargami. Na szyi miała sznur.

- O, pan wędrowiec.- odezwała się i odgarnęła włosy z bladej twarzy.- Pewnie daleka droga, panie... Nie widzieliście gdzie, panie, mojej córuchny? Mała dziewuszka, czarne włoski, czarne oczka, Miłka jej jest. Ludmiłka. Ojciec ją gdzieś zabrali...

Wiedźmin przez chwilę przyglądał się jej z namysłem.

- Gdzie?- zapytał w końcu.

Uśmiech znikł nagle z jej twarzy.

- A ja nie wiem gdzie.- odparła niespokojnie.- Zgubiła się. Ojciec zabrali! Szukałam! Myślicie, że ona... Że to ja? Że ja ją..?! Ja jej nic nie zrobiłam! To nie ja!- nagle zaczęła krzyczeć.- To ojciec! Nie ja..!

Bez ostrzeżenia skoczyła przez grzęzawisko. Wiedźmin cofnął się o krok. Miecz błysnął krótkim łukiem i opadł ku ziemi. Bezwładne ciało zatrzepotało rękami i wzbiło bryzgi wody spomiędzy kęp zieleni. Głowa plasnęła nieprzyjemnie w błocie i potoczyła się po ścieżce, by wreszcie utkwić w trawie. Deszcz znów niepodzielnie wypełnił powietrze swoimi dźwiękami. Bagno - rozległe i nieruchome, rozciągało się wokół niewzruszenie.

Wiedźmin wytarł miecz. Schował go i sięgnął po głowę. Wpatrywała się gdzieś przed siebie zmętniałymi nagle oczami. Zakrył je długimi włosami, owijając nimi całość i wcisnął ją sobie pod pachę. Zawrócił i niespiesznym krokiem ruszył do wioski.

Ścieżka zawiodła go niemal pod koślawe drzwi gospody, w której obiecywano mu zarobek. Pchnął je i zanurzył się w dusznawy półmrok pogłębiony kopcącym na ladzie kagankiem i lichym płomieniem bez przekonania wylizującym zwilgłe szczapy w palenisku. Goście zerknęli na niego ciekawie.

- Szybkoś się uwinął.- mruknął na jego widok gospodarz, bez specjalnego entuzjazmu.- Co tam pod pachą dusisz?

Wiedźmin bez słowa wyjął głowę spod pachy i jednym ruchem odwinąwszy ją z włosów, położył na ladzie. Gospodarz pobladł jak ściana. Cofnął się gwałtownie, wymacując na oślep ścianę za sobą. Potknął się o beczkę i zatoczywszy się na drzwi, zniknął za nimi w pośpiechu.

- Toż jego córka, parchu jeden.- burknął bez złości potężny chłop, siedzący dotąd pod ścianą i przyrzucił głowę szmatą.- Nie trza mu jej było tak przed oczy pchać.

Wiedźmin ogarnął go spojrzeniem i starannie poprawił rękawice.

- Przykro mi, skąd miałem wiedzieć?- odparł bez przejęcia.-Jeśli córka, to co robiła na bagnach w charakterze topielicy? Pomijając, rzecz jasna, że na podróżnych dybała.

Chłop rozejrzał się i machnąwszy wielką dłonią, wcisnął się za ladę.

- Sznur się był urwał.- mruknął, napełniając piwem kufel. Po namyśle napełnił drugi i podał wiedźminowi.

Ten napił się chętnie, w ślad za rozmówcą sadowiąc się przy stole, byle bliżej paleniska.

- Zauważyłem.- przyznał.- A sznur skąd?

- A, bośmy ją wieszać chcieli.- chłop pochylił się ku niemu przez blat i ściszył głos do słyszalnego jeszcze za drzwiami szeptu.- Bo to dzieciobójczyni jest. Znaczy była. Własną córkę umorzyła, zaraza jedna.

- Tak, słyszałem. Miłka jej było...

Chłop spojrzał na niego podejrzliwie, ale ciągnął dalej:

- Wywiodła ją gdzieś po nocy, że i do dzisiaj żeśmy jej znaleźli. A długośmy szukali. Pewnie w trzęsawisko wepchnęła... Jaro Gospodarza mało krew nagła nie zalała, bo to jego wnuczka umiłowana była... chocia głupawa trochu, a ojca to niby igły w stogu szukać.

- Taka latawica była z tej dziewczyny?

- A, latawica zaś.- żachnął się chłop.- A kto ją wie? Córka karczmarza i tyle. Mało to okazji miała?

Wiedźmin skinął tylko głową i dopił piwo. Szczapy zajęły się wreszcie żywszym ogniem i czuł jak ubranie zaczyna na nim parować.

- A skąd wiecie, że to ona małą wyprowadziła?- spytał po chwili od niechcenia.

- Karczmarz drwa rąbał i widział, jak szła z nią ku bagnom o zmroku, ale mu się zdało, że zwidy, a jak się do gospody wrócił i córki, ni wnuczki nie znalazł, za późno już było. Nie dogonił ich.

Wiedźmin znów pokiwał głową. Grzał się jeszcze przez chwilę, po czym zmełł w ustach jakieś ciężkie przekleństwo i podniósł się niechętnie.

- Odbiorę zapłatę jak wrócę.- mruknął.- Niech mi gospodarz to piwo z niej policzy. A jakbyście pogrzebać chcieli tę dziewczynę, ciało przy drodze przez bagna leży.

Chłop powiódł za nim zdziwionym spojrzeniem.

- A gdzie znów w taką pogodę niesie?- zapytał.

- Mam jeszcze coś do zrobienia.- odparł wiedźmin i ruszył do wyjścia.

Pchnięte drzwi skrzypnęły z ociąganiem. Deszcz padał. Wiedźmin westchnął i rozejrzał się z namysłem. W końcu odwrócił się plecami do bagien i poszedł przed siebie, przez wieś - parę podniszczonych chat, zdałoby się wymarłych w tę pogodę. Tylko jakaś staruszka z jednym zębem siedziała na progu i łuskała groch, gapiąc się na niego bez sympatii wyblakłymi oczyma. I wielkie bure kocisko usadowione bezpiecznie na stercie drewna pod okapem śledziło go spojrzeniem mówiącym wszystko o kocich poglądach na moknięcie w deszczu.

Uśmiechnął się krzywo do kota - robota ta sama. Co za różnica za parę orenów, czy za miskę mleka? Kot leniwie zmrużył oczy. Pewnie go teraz żałują gospodarze, że w taką pogodę za myszami się ugania...

Wieś skończyła się nagle, pozostawiając przed wiedźminem już tylko zachaszczone wzgórza. Poszedł wzdłuż linii zarośli i niebawem natknął się na nikłą ścieżkę wiodącą pod górę. Skrzywił się szpetnie i wcisnął się pomiędzy mokre gałęzie, pocieszając się w duchu, że bardziej już nie zmoknie. Ścieżka zgubiła się niemal już po kilku krokach, a krzewy zdawały się zwierać i wczepiać w siebie gałęziami, aż brnął przez nie z trudem. Nagle urwały się, odsłaniając wielką, wypełnioną mrokiem jamę. Z jej głębi chłodny, wilgotny powiew niósł echo spadających z wysoka kropel i cichutką, bardzo odległą melodyjkę.

Znajomą melodyjkę.

Powoli ruszył przed siebie. Szybko zrobiło się zbyt ciemno, nawet jak dla jego oczu, rozpalił więc pochodnię, wyławiając z mroku nierówne, skalne ściany, garść pająków i inne drobne stworzenia, które ceniąc sobie swą niewidzialność, kryły się pospiesznie w szczelinach i załomach. Korytarz rozwidlił się. Zakręcił raz i drugi.

Śpiew ucichł. Tylko odległe kapanie i perlisty poszum wody wciąż mieszały się z cichym echem jego kroków. Pochodnie zgasła nagle, oddając pola ledwie uchwytnej, wszechobecnej poświacie. Pogrążony w nagłym mroku świat zawirował niespodziewanie, rozmywając się no chwilę.

Wiedźmin sięgnął po miecz.

Z głębi pieczary wyłonił wielki, obrysowany nikłym poblaskiem kształt. Zawarczał głucho, jego ślepia rozjarzyły się czerwienią... monstrualnie wielkie ślepia za monstrualnie wielkim pyskiem pełnym białych zębów długich jak noże. A pod nimi ogromne łapy przyczepione do groteskowo małego ciała.

Wiedźmin z niedowierzaniem potrząsnął głową.

Medalion ani drgnął.

Pies rzucił się do ataku.

Wiedźmin uchylił się i ciął, ale ostrze przeszło przez psa jak przez powietrze. Stwór zawrócił. Wiedźmin spróbował znaków, ale tylko kamienie posypały się ze ścian jaskini. Pies odbiegł kawałek i dołączył do drugiej kreatury, która pojawiła się nie wiedzieć skąd i kiedy, wyciągając przerośnięte dłonie ponad jeszcze większymi stopami. Gdzieś pod sklepieniem chwiała się maleńka głowa, przyczepiona do reszty jakby bardziej dla zasady niż z potrzeby, z niej zaś zwieszały się długie, czarne warkocze. Wiedźmin zaklął w duchu i przemknął się między tymi dziwami, wpadając w snop złocistego światła. Gdzieś nad nim kołysały się liście jakichś dziwnych drzew. Po pniach chodziły leniwie biedronki wielkie jak krowy. W głębi, między pniami przezierało coś niby wieś.

Domy przybliżyły się nagle, wywołując zawrót głowy. Na drwach pod okapem siedziała karykatura burego kota. Dwie cudaczne postacie szarpały się w nagłym półmroku.

- Ojciec, odpuście!- prosiła jedna półgłosem, czepiając się drugiej.- Już posłuszna będę. Toż córka wasza!

Druga pchnęła ją na drwa, aż kot miauknął i uciekł w pośpiechu. Postać znieruchomiała. Czarne włosy rozsypały się po białej koszuli. Świat zatonął w wilgotnym mroku i po chwili wyrósł w górę ścianami pokrytymi plątaniną przedziwnych, zmieniających się niepostrzeżenie wzorów. Jakby różne kształty pełzały i siłowały się tuż pod powierzchnią skały. Zdawało się, że nigdy się nie skończy, a jednak gdzieś w górze majaczyło sklepienie, unosząc się i opadając niby pchane niespiesznym oddechem. W dole natomiast kuliła się maleńka postać z burzą czarnych włosów i plamą białej koszuli.

Wiedźmin schował miecz i przyklęknął przed nią.

- Ty jesteś Miłka?- zapytał półgłosem.

Dziewczynka skuliła się bardziej, wpatrując się w niego wielkimi, czarnymi oczyma.

- Nie bój się. Jestem Geralt.- powiedział łagodnie, a przynajmniej taki miał zamiar.- To ty jesteś Miłka, prawda? Mama cię szukała. Przyszedłem cię stąd zabrać.

Wyciągnął do niej powoli dłoń, jak do zdziczałego zwierzątka. Mała przyglądała mu się jeszcze przez chwilę, w końcu ostrożnie podała mu rękę... ale kiedy już podała, uczepiła się jej kurczowo.

- Zabierz Miłkę! Miłka tu nie chce być. Miłka chce do mamy.- wyrzuciła z siebie.

Ledwie ją zrozumiał, bo świat znów zawirował i rozmył się w ciemnościach. Otrząsnął się i sięgnął po pochodnię. Płomienie liznęły blaskiem skalne ściany - zwykłe ściany jaskini, zimne i nieruchome. Poprowadził dziewczynkę do wyjścia, obiecując sobie w duchu, że odda ją Tris pod opiekę szybciej niż przestanie padać. Miał już dosyć dziecięcych wizji w swojej głowie ...ale najpierw odbierze zapłatę za swoją pracę.

- Nie bój się, już ja powiem twojemu ojcu co o nim myślę.- mruknął.- A potem cię stąd zabiorę.







Developed by CD Projekt RED Powered by Bioware Aurora Engine Atari Nvidia Pegi Rating 18 ESRB Rating Mature 17+

"Jeśli gra nie zdobędzie wszystkich możliwych nagród AD 2008, to będzie to niepodważalny dowód na istnienie Układu w branży gier video."
- Polityka