Fanaberia

Magnate

Variola vera, ospa prawdziwa, była wszędzie. Opanowała Wyzimę na przełomie czerwca i lipca, tuż po święcie Belleteyn, zabijając rozbawionych, spitych i majaczących mieszczan jednego po drugim - jak sukkub znudzony zwódzeniem pobożnych kapłanów, lub jak wiedźmin zabijający inoga. Porównania te oba są trafne, ponieważ śmierć, szczególnie nachodząca ludzi złych i gnuśnych, zawsze pozwalała umrzeć im spokojnie – wspominając przebyte hulanki, miłosne podboje Belleteynu czy też wymiotując w rowie – i dokładnie tak i sukkub był miłosiernym panem śmierci. Miłosiernym, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Co się tyczy wiedźminów – oni byli płatni. I szczególnie to drugie porównanie zasugerowałoby temerskiej komisji śledczej, jak i zwykłych plotkarzom, głębszą refleksję nad źródłem epidemii.

Mówiono, że plaga przyszła od morza, od szalejącego nad ciemnobłękitnymi falami i wspienionymi biczami Dzikiego Gonu. Mówiono też, że w Bremervoord król Agloval rozpoczął kampanią w celu ujarzmienia rozochoconego wodnego plemiona, lecz flota Bramervoordska, najpierw jedna fregata, a potem kolejne, były pod ciągłym desantem trytonów. Walczących o wolność do ostatniej kropli krwi – wyspecjalizowanych w malarstwie i grawerowaniu, jak i w sztuce wojennej - trytonów, których odmówiono prawo do negocjacji. „Zdecydujcie się na handel albo wynoście się,” grzmiał Agloval, podczas gdy miriady żagli i trytońskich tarcz wynurzały się na powierzchnię oceanu, odbijając blask zielonych gór nabrzeża, symbolu pokoju i tolerancji, w swoich wygrawerowanych godłach przedstawiających rzekę.

Czas. Miejsce. Tradycja. Warto walczyć.

Dziki Gon, który zdobył już posłuch folkloru jako okazyjny wymierzyciel sprawiedliwości wobec popędów możnowładców i samouwielbieniu Wyzimskiej gentry - i którego macki sięgały atłasowego fotelu króla - siał lęk i panikę wśród pałacowych sal. Domawiana była kwestia tego, czy kotłujący niebo orszak, chcąc zaszkodzić zbierającym się po bukowinach i ściółkach Aglovalskich zbiegom, zesłał wirus aby ten uporał się nie tylko z gwałcicielami pobliskich wiosek, ale i z całą okolicą wspierającą morską krucjatę.

*

świst klingi, muskający biały fartuch lekarski Isaaca. „Oxenfurcka akademia, novigradzka szwalnia, plama pobrudzona w szynku...” myśli wiedźmin, wyrównując balans ciała, po czym przerzucając ciężar na prawą nogę. Czarna, czarniutka paszcza osadzona na zielonym ryjku podobnym do kreciego, bo równie ślepym i głupkowatym. A jednocześnie ryj potwora wydaje mu się straszniejszy niż kiedykolwiek. ściana ognia pogrążająca linię lasu, tam, gdzie kończy się zieleń puszczy a zaczyna gościniec. Wiedźmin widzi wozy, karawany, wielką cywilizację sunącą na wschód, do jeszcze większej cywilizacji, wpychając klingę po samą rękojeść we obślizgłą, obślinioną krtań potwora. Poszła arteria, punkt dla mnie, myśli pogromca. Konające monstrum wydaje mu się straszniejsze niż kiedykolwiek – oczy umierającej bestii jak ogonki jabłka, nawet ludzie nie są straszniejsi. Oni uciekają przed czymś silniejszym od nich, podczas gdy tak zwana Ichtyovoraxbublei, z rodziny Mordidae, bagienna odmiana, trwa w bezruchu, chłonąc mutacje chorób, rechocząc jak ropuch, ze swoich własnych okropnych planów mordu. Nicość. Spooky, jak by powiedział wyspiarz ze Skellige. I tak wiedźmin, o mały włos nie strącając głowy medykowi Isaacowi, staje twarzą w mordę z epikiem – żyrytwą, w scenerii exodusu parszywego wyzimskiego folkloru, ludzi „zawsze wiedzących lepiej”, o dużych nosach i długich ozorach. Stary klaun żongluje piłeczkami, ściana ognia utworzona z ciał zmarłych na uciechę uciekającego ludu robi za ognisko. Oczy jak ogonki jabłka, źrenice jak jesienny liść. Potwór straszniejszy. Nie, Jaskier, to nie żaden pastisz.

Wiedźmin kończy zabawę, odrzuca żelazny miecz. Wprowadzając szybkie cięcia z lewej i prawej strony trzyma rozjuszonego potwora na dystans, a ten wije swoją podłużną szyję, pobrudzoną osoczem. Wyciąga srebrny miecz na płasko, zachęcając bestię do walki, drażniąc ją. Pozwala jej zazgrzytać zębami i ugryźć jego klingę. Potwór widzi swoje własne odbicie – zgniłozielone strzępy skóry, wrak istoty, na tle przepięknego krajobrazu leśnego. Wchłania własną nienawiść. Wiedźmin, zaskoczony, daje ukąsić się w bark, podrzeć kurtkę. Siła odrzuca go w tył, w ruchome bagnisko. ¯yrytwa naciera na wiedźmina, wysuwa toksyczny język, muska jego buty w dezorientacji. Szuka, węszy pod wodą, do jakiej wpadł wojownik. Natrafia na coś ciepłego, wyczuwa fale krążenia. Zaciska na tym czymś język i wrzeszczy. Wrzeszczy, aż magnat w namiocie trzy mile dalej wstaje z barłoży i popuszcza pasa. A potem słychać już tylko przecięcie powietrza, głośny łoskot i cichy, zagłuszony przez muł plusk.

Geralt odgarnia włosy za czoło, otrzepuje z grubsza kurtkę, ociera miecz o korę drzewa. Podchodzi do niego mały mężczyzna o spiczastym nosie i chłopięcych rysach, podaje retortę. Wiedźmin unosi klingę ponad flaszkę. W klindze odbija się głowa bestii leżąca na kupie gówna, pełnia księżyca, ściana ognia. Kropelki zielonkawej krwi spadają w odbiciu wody na jezioro ognia, prosto do retorty. Bagna rozstępują się, Geralt spostrzega czarne cienie niczym dziurki od klucza, choć bardziej jak wąsaci dziadkowie, którzy dożyli szczęśliwej starości i nikomu już nie zaszkodzą. Zapłacisz za to, mówią. Wiem, już niedługo, odpowiada profesjonalny wiedźmin, bez emocji, strasznie. Ból, dużo bólu, wielkie ilości bólu. Muzyka meandruje szlakiem strumyczka, który kończy się spięty trzciną i konopną. Koniec. Zaraz się obudzę. Chwileczkę, ale jak to wszystko się zaczęło? To chyba dobry czas na retrospekcję.

*

 

- Essi!!!

Rozległ się beznadziejny krzyk, rozlewając nadzieję jak czajnik, który, przepełniony wodą, tylko czeka aż ktoś go przechyli lub podstawi pod ogień, aby woda wyparowała.

Wyzima przedstawiała się z zewnątrz tego dnia nadzwyczaj okazale i majestatycznie. Wysokie, szare mury miasta drapały czubki wierzb skąpanych w letniej mgiełce, która, przepuszczając ciepło popołudnia, stwarzała swojski nastrój. Kamienice oraz drewniane domy budowane na elficki styl, z centralną kuchnią pośrodku i otaczającym ją kompleksem pokoi, świeciły jako przykład cywilizacji. A jednak, nie wszystko było tak jak zwykle ujął by to trubadur, czyli „Piwo, dziewka - wojna i strzyga, oto jest wyzimska rodzina.”

Pomijając, że strzyga nie istniała już od dobrych kilku lat, kruki gromadzące się w spelunach straszących odpadającą cegłą i tynkiem, oraz w każdym zakamarku i dziurze nie wróżyły udanych zbiorów. Chyba, że jęczmienia – bo tego zawsze było w nadmiarze, nikomu niepotrzebne.

*

Dwaj wędrowcy posuwali się z wolna, ostrożnie, od Bukowej Bramy ciągnąc wierzchowce za uzdy. Jeden, niższy, ubrany w zielony kubraczek, z pawim piórkiem osadzonym na snobistycznym kapeluszu, ciut wyprzedzał drugiego, białowłosego. Usiłując przepchnąć konia przez błoto, ów niższy, mimo obrabiania swoich niebieskich legginsów w gównie, pruł naprzód z zaciętym wyrazem twarzy, podczas gdy białowłosy z niczego nie wyrażającą, raczej obleśną facjatą, maszerował obojętnie obok, poprawiając swe okazałe miecze i rozglądając się za siebie, na splecione gałęzie na horyzoncie nieskończonego boru. Jego czarna kurtka i czarne spodnie oblepione były liśćmi - człowiek ten przetarł wszystkie ścieżki świata; niczym dzięcioł opukujący korę schorowanej brzozy – użyźniając ją i niewiele biorąc w zamian.

Po chwili, dotarłszy do zardzewiałej, przedwiecznej Bramy Powroźniczej, mały człeczek podniósł głowę i spojrzał w górę. Brama Powroźnicza była historycznym przejściem do miasta, które wzbudzało zarówno dobre wspomnienia cotygodniowych dostaw dziczyzny, jak i przypominało o hańbie – to właśnie przez Bramę Powroźniczą dwa wieki temu, gdy Temerczycy rozpoczęli podbój elfiego świata, do Wyzimy zaczęły napływać niewolnice. Często prowadzane na powrozie elfki, walcząc z ciemiężącymi je obrożami, waliły głowami o chropowaty metal bramy w celu zabicia ogromnej plamy na honorze, jaką było niewolnictwo. I stąd, jak twierdziły plotki, wzięła się nazwa oraz wypukłość przejścia.

Człowiek, któremu brama wydała się straszna i skrywająca historie sprzeczne z jego nadzwyczaj powabnym i elokwentnym usposobieniem, uderzył w kołatkę raz i drugi raz. Bez odpowiedzi.

- Daruj sobie, Jaskier – rzekł wiedźmin beznamiętnie. - Nie wszyscy są bohaterami. Nie wiem czy wiesz, ale zazwyczaj władze otaczają miasto bezwzględną kwarantanną podczas epidemii. W szczególności, gdy jest to nowy wirus.

- Essi!!! – wydarł się poeta, tym razem rozpaczliwie. – Morszczynko, tyle wspólnych wspomnień, kłótni, łóż... Tfu, dróg! Tyle ballad i lat spędzonych razem!

- Zamknij się w końcu! – Geralt, Biały Wilk, Gwynbleidd, powoli tracił cierpliwość.

- A ty jakim prawem mnie zamykasz, Geralt? – Jaskier zapominał o żalu jeżeli natrafiła się okazja do sprzeczki. – Czy i ty z nią nie spałeś, niehumanitarny wiedźminie? – Jaskier splunął na zieloniutką trawkę rosnącą przy wyzimskiej fosie. – Czy i nie ciebie kochała ta dziewczyna, nie ty raczyłeś ją obdarzyć tym twoim znikomym poświęceniem? Czy to nie wiedźmin Geralt z Rivii został uczłowieczony przez Essi Oczko? Czy to nie od tamtej pory wiedźmin odzyskał wiarę w siebie i przestał obnosić się samotnością po nieudanej eskapadzie do Yennefer? Nie kontradyktuj sam sobie!

- Jaskier... – Twarz Geralta zmieniła się, pomimo ironicznego tonu wierszoklety. Po raz pierwszy Jaskier zauważył starość przyjaciela. Siatka zmarszczek i basen czarnych oczu na twarzy wiedźmina, profesjonała, pogłębiły się. Jednak sam wyraz twarzy nie uległ pogorszeniu przez gorzkie słowa barda.

- Zrozum, ja też... lubiłem Essi, ale myśl logicznie... Pomyśl, jak możemy... możesz się dostać za mury bez lamentów, bez wabienia ghuli i, jeszcze gorzej, strażników, przez idiotyczne walenie we wrota. A przede wszystkim: jak masz zamiar zabezpieczyć się przed wirusem. A może wyedukować się w inżynierii genetycznej i wynaleźć szczepionkę?

- Daruj sobie eufemizmy – bard wyglądał na otrzeźwionego. – Powiedz, że jestem napaleniec. Gorąca krew.

Nagle twarz Jaskra - czterdziestoletnia, pulchna, wypielęgnowana – stała się bardziej mokra od jego przepoconej koszuli. Poeta wiercił nogami. Wyglądało to zaprawdę komicznie. Jakby brownie, mityczny stworek, wyszedł ze stronic jaskrowych od i wstąpił w swojego wynalazcę.

Wiedźmin przyglądał się temu stanu z lekkim szokiem. Perfuzja w jego żyłach przyspieszyła bieg. Geraltowe oczy zwęziły się. Bynajmniej nie od słońca. Szybko.

Jaskier podrzucał sobie sztyletem – żelaznym, na potwory - z ręki do ręki, z szaleńczym błyskiem w oku. Sztyletem, który nie powinien nigdy wypaść z wiedźmińskiej klingi, wyszytej by ona, i tylko ona, gościła oręż wykuty z meteorytu.

- Nie przypuszczałbym... – Geralt zastygł. – Po co ci ten kawałek żelaza, synku?

- Bez owijania w bawełnę? – Geralta zabolało w dołku. Nigdy wcześniej nie doznał takiego uczucia. Prawie nigdy. – Wiesz co ci powiem, Geralt? Ja, kurwiarz, kłamca, mami synek i tchórz... Ja miałem ochotę przestać włóczenia się za tobą... Ja się chciałem ustatkować i z Essi...

- Jaskier...

- ...ale wybuchła ta pieprzona choroba, zesłana przez szatana... Zaczynam wierzyć, że to niziołki... ¯e to one i te ich inwestycje i promocje w stolicach.. ¯e to przez nich ta tragedia... Ja cię zabić, Geralt, mam ochotę za to, że pomogłeś Biberveldtovi wtedy, w Novigradzie...

– Poeta wyraźnie zbladł. Trzęsionka ogarniała już jego jamę ustną, zęby szczękały. Geralt, nie chcąc mówić zdania na głos, zacisnął zęby i dla ulżenia sobie wymamrotał, "Czyżbyś naprawdę tak ją kochał, że zawsze musiałeś zachowywać się jak idiota i świnia, przezywając ją i konkurując z nią w śpiewach? Naprawdę nie można jakoś normalniej okazać miłości, jaśniej? I teraz widzisz jak się to skończyło - padła ofiarą takiego kurtuazyjnego życia, nie wiedząc, że ktoś normalny na nią czeka..."

Sokole oczy wiedźmina skupiły się na małym, przebiegłym cieniu, tańczącym po szaleju na lewo od trubadura. Cień, po przeskoczeniu spod niskiej topoli na stadko wawrzynków, przeniósł się z kolei gdzieś w okolice Jaskra i jego pleców, po czym ujawnił swojego właściciela. Niższy nawet od barda, raczej chudy mężczyzna, transformował się tuż za plecami poety. Wyciągnąwszy kozik, nieznajomy przystawił go do gardła niedoszłego małżonka Essi Oczko, i wyszeptał mu w ucho:

- A teraz oddamy to ostrze prawowitemu właścicielowi... Rzuć sztylet Geraltowi, ale już!

Jaskier, który nie wyczuł zbliżającego się mężczyzny, dopiero gdy usłyszał syczący, zdradliwy głos wiercący jego bębenek, wzdrygnął się i zamarł w przerażeniu. Słowa uszły z niego jak krew z wieprza.

Zupełnie inna była reakcja wiedźmina, który, uginając kolana i przyjmując odpowiednią na znak Aard pozę, wyrzucił dłonie do przodu i przyjął układ stosowny do trzymania widelca, kojarzący się samemu Geraltowi z obcowaniem lamparta i wielbłądzicy. W tym czasie wszystko kojarzyło się Geraltowi z tym rodzajem obcowania, bo nigdy na swoich wiedźmińskich studiach nie dowiedział się, jak zachodzi cały ten proces reprodukcji kamelopardusa, i wymyślał wiele możliwości.

Czerwony płomyk wystrzelił mu z kciuka płynnie, uzupełniając fontannę kolorów okolicznej flory o swój delikatny odcień, i przeleciał ponad transparentnym mężczyzną uwidaczniając go na chwilę.

- Witaj, Isaac – rzekł wiedźmin, uśmiechając się serdecznie. – Jak zwykle pojawiasz się bezszelestnie, po długim śledzeniu mojej osoby.

- Gherhhalt... – jedynie rzężenie doleciało się zza zaciśniętych zębów Jaskra.

- Słuchaj, Geralt – odezwał się mężczyzna. – Masz rację, podsłuchałem twoją rozmowę z tym tu, ale udało mi się zdiagnozować osłabienie mentalne, jakiemu uległ Jaskier po utracie bliskiej osoby, no i nie chciałem, żeby coś ci się stało, więc...

- Teraz ty posłuchaj, Isaac... – wycedził białowłosy, wyrównując oddech. – Bliska osoba nie jest jeszcze utracona, to raz. Jeżeli jeszcze raz podstawisz nóż pod gardło jakiegokolwiek śpiewaka, pod to łono pieśni, osobiście wystawię diagnozę twojej twarzy i zoperuję ją tym o to scyzorykiem. – Geralt błyskawicznie wyjął oba miecze z pochwy, jednak, ku zaskoczeniu Isaaca, odrzucił je efektownie daleko, na pobocze. Zastawił magiczną pułapkę Yrden.

- Geralt, no co ty... – zaczął doktor, zdając sobie sprawę, że nie jest w stanie poruszyć stopą, by przyjąć wygodniejszą pozycję, ani zacieśnić uchwyt na Jaskrze. – O, cholera. Mnie, druha? Myślałem, że jestem ci tak samo bliski... Skąd ten urok, Geralt? Czyżby w Kaer Morhen w końcu zaczęto odnosić się do wieży Eriny majaczącą w światłach jej zwariowanych ogników? Kiedyś nie wyściubialiście nosa poza Mordownię – strasznie wy się pro-czarodziejscy zrobili, wiedźmini.

- Później, Isaac – przerwał wiedźmin. - Uwolnij się od tego kozika, Jaskier. – zwrócił się do poety. - On jest sparaliżowany. Nie bój się. I wskakuj mi na plecy. Przerzucę cię za ten cholerny mur.

Trubadur, nadal trzęsąc się, wiedział, że jego przyjaciel nie żartuje. Ostrożnie zdjął własną szyję spod ostrza i, chwiejąc się, podszedł do Geralta, który zgięty w pół czekał na niego pod oblepioną mchem ścianą niedostępnego miasta.

- Wyprostuję się z taką siłą, że powinno wyrzucić cię w górę chociaż odrobinkę. Doskoczysz na niższy pułap, o, tam. Idź, Jaskier, nie chcę cię zatrzymywać. I miej ludzkich uczuć za nas dwóch. A jak Essi jeszcze żyje... No wiesz. Ja nie mogę ci pomóc. Przegrałem. Tego dnia, gdy zostałem wiedźmina, a ona i ja się spotkaliśmy... Wybacz mi, jestem za słaby. Idź.

Jaskier, chwytając się śliskiej powierzchni poniżej kamiennych stożków chroniących mur, zastanawiał się, czy ta kropelka wody w kąciku geraltowych oczu była naprawdę łzą. I zadumał się nad pastiszem sytuacji i dialogu.

*

- Przesadzasz z miksturami, Geralt – rzekł Isaac, szczerząc złoty ząb. Wiedźmin zauważył, że znajdowali się w tym samym miejscu, w którym wypił Eliksir Wieszczący polecony mu przez jego nową znajomą, Erinę z Browndanhall. Jedyną różnicą było to, że leżał przykryty dwoma jedwabnymi kocami, a obok wyrosło jak z podziemi błękitne jezioro. No, i medyk robił pieczyste na prowizorycznym barbecue wkopanym w ziemi. Czyli to prawda, jak powstają żyrytewskie bagna, pomyślał. Poczuł pod plecami kilka chwastów i chabrów, pieszczących jego obolały kręgosłup i tyłomózgowie wtórne. Isaac pomyślał o wszystkim. Słońce było w pełnym zenicie, prześwitując na małe, strzeliste skałki na dnie jeziora, pokryte swojego rodzaju drzazgami, tak, że wyglądały jak nieożywione jeże. A zbiornik wodny niczym jabłko, jeśli uprawdziwiać powiedzenie.

- Jaskier jeszcze nie wrócił? – Geralt od razu przeszedł do rzeczy, węsząc mięsko pieczone przez agenta Djikstry.

- Nie – odparł pytany, kręcąc patykiem ponad płomieniami. – Ale chyba wiesz, jak lekkomyślnym było puszczanie go samego w rój martwych, owrzodzonych ciał. Lekkomyślnie to mało powiedziane, wiesz o tym, wiedźminie. Ale my, agenci, nie lubimy prostosłowia. No, i ładny popis nowych zdolności. Niezła siła w barkach, wytrenowana pewnie na słynnych odchudzaczach Eriny, prawda?

- Dlaczego tak się nią interesujesz, Isaac? Mówiłem ci już, to normalna kobieta, umiem to poznać nawet po krótkich rozmowach, jakie miałem przyjemność z nią mieć. Robi na drutach, a skośne oczy tylko dodają jej seksapilu. – Wiedźmin napuszył się i przeciągnął kości. – I daj sobie spokój z męczeniem mojego sumienia. Obaj dobrze wiemy, kiedy na dobre wybuchła epidemia. Trzynaście dni temu. Wtedy zakażenie
variola major na ostatnich ofiarach przeniosło się z węzłów limfatycznych na węzły chłonne i śledzionę. I wtedy też najodważniejsi lekarze/koneserzy krwinek dali nogę z Wyzimy razem z królem Foltestem, zauważając niewyjaśnioną mutację wątroby chorych w kobiecą placentę. Obawiając się armii opryszczonych truposzczaków, Foltest wysłał jeszcze tylko kilkunastu najemników, aby spenetrowali miasto. Na zwiady, innymi słowy. Najemnicy owi ujrzeli typowe objawy ospy w tym stadium patogenezy - złe samopoczucie, dreszcze, wymioty, ból głowy i pleców. Ale i również wśród mężczyzn zaczął się trąd organów odpowiedzialnych za kobiecą gestację. Sikali gonadotropinami jak łożysko. I to dlatego wszystkie karawany znikły tego dnia z gościńca, gdzie oczekiwały końca epidemii. Foltest nie chciał mieć świadków mordu koniecznego. I tak ci ludzie zginęliby w ciągu dwóch tygodni.

- Brawo – Isaac klasnął w dłonie, po czym finalnie zdjął mięso z patyka i rozłożył je skwierczące na biwakowej patelni. – Nieźle, jak na takiego raubrittera jak ty. Wiedźmini to prawdziwi erudyci, prawdą jest, że byle jakie Dziecko Niespodzianka się nie nada na mutację.

- Nada się, ale musimy być wszechstronni i oczytani – mruknął Geralt.

- To teraz powiedz mi, wiedźminie, dlaczego zatrzymywałeś Jaskra przed wejściem do miasta? – ciągnął agent. - By poczekał na koniec chaosu?

- Nie rozumiesz, Isaac... – rzekł smętnie wiedźmin. – To jest miłość, chemia, uczucie paraliżujące, uszlachetniające. Choroba morska żeglarza dryfującego z lekką bryzą pieszczącą ciało, w różowej mgiełce nieznanych brzegów, grani. Ja też tego nie rozumiem. To, co czuję do Yennefer... Ja nic nie czuję. Po prostu coś mi mówi, że muszę ją posiąść. Mówi całym ciałem, kiedy się z nią kocham, ale tego swędzenia nie mam jednak w duszy. To tak jak z moim żalem do Essi. Nie mogłem dać jej tego, czego żądała, o co prosiła. Lubiłem... lubię ją, i zawsze będę dla niej miły, będę spełniał jej zachcianki i kaprysy, nalewał śmietankę do szklanki, balsamował nogi... Ale nie obwiniał się o zło, którego nie zadałem – o zaniedbanie, jak Jaskier. Jaskrowi nie wytłumaczysz, że epidemia i prawdopodobna śmierć Esii to kolej rzeczy i prawa środowiska. Co ma być, to będzie.

- A jednak wiedźmini wierzą w przeznaczenie – oznajmił Isaac, który zdążył wchłonąć już swoje pieczyste, podczas gdy zamyślony jak nigdy dotąd Geralt filozofował nad swoim kawałkiem mięsa.

- To nie przeznaczenie, naukowcu – żachnął się Geralt. - Mówię, to natura. Sam lepiej powinieneś o tym wiedzieć, jesteś lekarzem. Ale pewnie nie zauważasz różnicy.

Właściwie, to Geralt sam nie wiedział, kim tak naprawdę jest Isaac. Przypominał niziołka. Jak każdy agent mówił półsłówkami, był pozytywistą, jak i zarazem realistą. Jak każdy Novigradzki medyk pachniał nardem, henną i aloesem. Obaj byli włóczęgami, a spotkali się na dachu „Passiflory”, gdzie Geralt obserwował trajektorię chmur i knieć błotną kaczeńców na moczarach za murami. Issac przerwał zachwycania się Geralta nad przyrodą nagłym klepnięciem po ramieniu. Wiedźmin odwrócił się wówczas i ujrzał... nicość. Okazało się, że szpieg pracuje dla mistrza agentów, Djikstry, w celu rozpracowania Eriny, czarodziejki, która pojawiła się ostatnio w górach przy Kaer Morhen. Dijkstrę martwi i ciekawy wygląd magiczki – skośne oczy, lekko żółta skóra oraz nowy rodzaj zaklęć, które wymyśliła – lewitacja, wróżenie, wieszczenie, niewidzialność. To on sam kupił klątwę peleryny niewidki od Eriny i wypróbował na wiedźminie. Na szczęście chłopaka, nauczono go potem kontrolować zaklęcie i uniewidaczniać się wedle życzenia.

Geralt postanowił uwierzyć, że ich przypadkowe spotkanie na gościńcu było zaiste przypadkowe, a Isaac przebywa w okolicach Wyzimy w sprawach służbowych, gdyż słyszał o nielegalnym dystrybutorze specyfików Eriny wśród uciekinierów.

On i inni wiedźmini korzystali z usług skośnookiej czarodziejki w celu doskonalenia fachu, nie widząc w handlu wymiennym jaki prowadziła żadnego spisku. To, że izolowała się od innych magików, nic w ich mniemaniu nie znaczyło. Mimo odmiennych zdań, Geralt i Isaac szybko znaleźli w sobie bratnią duszę. Prostą. Jedyną wadą agenta był fakt, że odpowiadał na pytania przez ich zadawaniem. Niesamowite, zważywszy, że wywiad jest raczej małomówny. Wiedźmin miał przeczucie, że spotka jeszcze wiele osób tego pokroju.

- Co do twojego pytania... – kontynuował po chwili Geralt - Zabawne, że zauważyłeś moje wahania... Pobaw się w skojarzenia. Sterta trupów. Ospa. Zgnilizna. Mutacje... Wiedźmin. Potwór. Ghule.

- A-cha! – triumfalnie krzyknął medyk, chichocząc głupkowato. – Czyli sławny Biały Wilk naprawdę pozwolił przyjacielowi narazić się na niebezpieczeństwo! Czy ma to związek z twoją nagłą wiarą w środowiskowy kolej rzeczy i łańcuch pokarmowy? – zadrwił.

Geralt nie odpowiedział, lecz zmarszczył czoło. Wie, sukinsyn, co było między mną a Essi, pomyślał. Wie, dlaczego tak boję się ją ujrzeć i towarzyszyć...

- Słuchaj, Isaac – wiedźmin potrząsnął długą czupryną, rzucając obgryzioną kością po tafli jeziora. – Wiesz pewnie, że po Eliksirze Wieszczenia zapominam wątku konwersacji sprzed kilku minut przed wypiciem. Taki efekt uboczny. Możesz mi przypomnieć, po co i jak ja właściwie zabiłem tą żyrytwę?

- Za darmo, bez tradycyjnego szeląga? – Szpieg splunął na łanik krwawnicy, jak gdyby wypluwając chrząstkę z dziczyzny. – A niech mnie. Tak więc poradziłem ci, bo prosiłeś, mimo sparaliżowania mnie swoimi sztuczkami, jak zapobiec wstrząsowi cardiogennemu. W końcu w tym wieku, a Jaskier ma już lat ponad czterdzieści, łatwo o zawał. Krew żyrytwia bardzo pomaga na niewydolność serca, tętniaki. Wtarta w ciało. Po wypiciu, nawet na oligurię. Samą żyrytwę dopomogłem ci zabić taktycznie. Pamiętasz tą tabletkę o smaku papryczki chili, którą dałeś jej do ugryzienia?

- Acha.

*

Jaskier z głośnym hukiem przeskoczył z górnej platformy Bramy Powroźniczej na niższy pułap z którego w przypadku oblężenia strażnicy bronili murów walką w zwarciu. Odtrącając od swoich nóg pordzewiałe dudy na które przypadkiem nadepnął, zaklął w Starszej Mowie, ujrzawszy na glinianym podłożu kilka powyrywanych stronic ze sławnymi paniami, z jakimi zresztą spotykał się w przeszłości. Jesienny listek intrygującą pozą przykrywał wdzięki jednej złotowłosej dziewki. Taki monument i pomnik przyrody (przynajmniej w mniemaniu poety) skłonił go do rozejrzenia się wokół, w poszukiwaniu drzew – czyli inspiracji. I wtedy zobaczył pejzaż i połączenie barw i styli, jakiego nie widział nigdy wcześniej.

Nieboskłon pokryty był czerwienią. Purpurową czerwienią, roztaczającą się wszędzie ponad dachami budowli. Budynkami ze złota i kości słoniowej. Jaskier nie poznał Wyzimy, gdzie bywał przecież często, jak i w każdej stolicy na świecie. Patrzył na wspaniałą, wykwintną architekturę domów i świątyń – strzeliste dachy, jak i zarówno inne pokrycia o różnych kształtach geometrycznych, z wtopionymi w środek klejnotami, dodającymi im blasku i majestatu. Pomiędzy budynkami wiły się zakolami piaszczyste ścieżki, górskie trakty, gościńce i wspaniałe, brukowane drogi dorożkarskie, kreując komunikację między większą świątynią a pomniejszymi kapliczkami, jak i całym miastem. Także przyroda w tym dziwnym miejscu wydała się Jaskrowi scalona z techniką budowlaną i różnorakimi karetami, oczyszczalniami, lub sunącymi po murach obrazami z marów sennych... oraz marzeń. Przepiękne, kwitnące magnolie, puszczając pąki i zapachy w purpurowe niebo, hipnotyzowały widza. Ostępy dzikich dębów wypełniały luki pomiędzy karczmami, wspinając się do jaskrawych, pełnych światła okien. Rzekotka drzewna siedziała sobie na gałązce krzewu przy stawie gdzie pływały kaczeńce, na jednym z ogródków. Tarnina pokrywała przedpole posiadłości pana Brogodala przylegającej do malutkiego pagórka.

śpiewak otrząsnął się. To niemożliwe, pomyślał, to tylko moja wyobraźnia. Taka symbioza, taka fantastyka, absurd, idylla. To nie może istnieć. A jednak. Czary, skonkluzował. Tu nie ma nawet ludzi. Tylko wyśmienite budynki, piękno, zieleń, paleta kolorów. Maszyneria, nienormalność. Przecież niebo nie było czerwone przed moim przeskokiem. Tu panuje zaraza, ludzie powinni ginąć, miasto zostało odizolowane, karawany uciekają na wschód i na zachód, wszędzie... Jaskier zrozumiał zagadkę po pewnym czasie, gdy doświadczył przerażającego uczucia. Okropnego, odrażającego. Poeta wolno zszedł po drabince w dół, na samo dno czegoś, co wydało mu się jarem. Chciał włóczyć się po komnatach domostw, pozwiedzać prastare chramy, porozmawiać z mieszczanami, kupić sobie zbroję płytową. Roztrzaskać lutnie na głowie jakiegoś bazyliszka. A w głowie tłoczyła mu się ta sama i wciąż ta sama muzyka – wesoła i tajemnicza, staromodna – nie pozwalająca o sobie zapomnieć, zachęcająca do dalszego słuchania. Osławiająca czyny. Pozostawiająca Pustkę.

A później – bam! – i Jaskier ujrzał przed sobą Pracującego Mężczyznę. Piękno Jaru Cudów zblakło, kiedy marmurowe kafelki na centralnym chodniku przed świątynią, gdzie zszedł piosnkarz, zaczęły skwierczeć i stawać w płomieniach – a potem znikać, ukazując martwe, pokryte czerwonymi kropkami ciała.

- Hej ty, pomóż mi! – przekrzykiwał odgłos spalania Pracujący Mężczyzna. Był młody, lecz wyglądał na niezmiernie zmęczonego i przestraszonego. Miał na sobie jedynie krótkie spodenki, dziwnym trafem z nienaruszonymi nogawkami.

Jaskier był zahipnotyzowany nagłą nutką grozy jakiej doświadczał w jego, jak sądził, śnie. Nadal miał ochotę iść ukochanej na ratunek, jednak wizja wspaniałego miasta i pracownika sprzątającego ciała obudziła w nim duch naukowca, odkrywcy i uczestnika we wszystkich tajemnicach.

- Jasne, że pomogę – odrzekł. – Ale gdzie reszta ludzi Foltesta? Pracujesz sam?

- O, ten trup – Pracujący Mężczyzna wskazał ręką małą dziewczynkę, a raczej to, co pozostało z małej dziewczynki. Poeta dziwił się sam sobie, gdy chwycił ciało w gołe ręce. – Zanieś tam – Mężczyzna ponownie uniósł rękę, machając w kierunku dymu unoszącego się ponad świątynią. Jaskier domyślił się, że musi znajdować się tam ognisko palonych trupów, węsząc dochodzący z tamtej strony największy fetor. Fakt, że Pracujący Mężczyzna zignorował drugą część jego pytania zachęcił go do podążania krokami rozwijającej się misterii.

Pięć stosów ustawiono tuż pod murami. Wielkie, ponure niczym płaczące wierzby, spływały krwią i popiołem setek palonych ludzi. Odór i duchota otępiały zmysły. Wierszokleta nie zastanawiając się rzucił ciało na ostatni tlący się płomień pogorzeliska. Rozpoznawalny uśmiech i piękno dziewczynki zgasły, jednak ciało i duch nie dawały za wygraną. Poczęła krzyczeć i przeklinać na swych złoczyńców. Konała z dumą i honorem. Spłonęła, a cała jej inteligencja uleciała w przestworza.

- Co ja zrobiłem... – spanikował Jaskier. – Ona jeszcze żyła... Ci ludzie jeszcze żyją! Ty... – chwycił Pracującego Mężczyznę za szyję – dlaczego ich nie ratujesz? Co tu się dzieje?

- A co tu ratować? – odparł beznamiętnie duszony, nie próbując się wyrywać. – Własny naród? Foltest, idealista, wysłał nas na ratunek tej bandzie malkontentów, obiboków, szkarad, głupków, którym można ograbić, pobić i oszukać. Sprawiając, że jeszcze ci zapłacą za to pobicie podczas następnego sejmiku, niehonorowo głosując na ciebie tylko dlatego, bo chwilowo wpasowujesz się w ich plany. Ale mimo wszystko łatwiej jest plądrować martwych idiotów, niż żywych idiotów. Miasto się znowu zasiedli. Nie, tu nie ma kogo ratować, zapisz to pan sobie w tym „Pół wieku poezji.”

Bard nie potrafił znaleźć słów na taką monstrualną i niezrozumiałą odpowiedź. Zamiast tego poczuł czystą nienawiść do mordercy setek Wyzimczyków. Puścił gardło Pracującego Mężczyzny, zamachnął się i wykonał prawy sierpowy, skutecznie rozwalając mu szczękę i wybijając dwa przednie zęby. Zanim ten zdążył zareagować, Jaskier dał nogę. Wbiegł na schody prowadzące na szczyt murów jak oszalały, słysząc za sobą żelazne kroki Pracującego Mężczyzny. Obłąkany ze strachu, obejrzał się. Mężczyzna ocierał krew z rozbitej wargi i śmiał się, powoli podchodząc w jego stronę. Rozczochrane włosy i twarz szaleńca przedstawiały straszny widok. Jaskier dopiero teraz zorientował się, gdy strażnik maszerował w jego stronę jak bezuczuciowa maszyna (wiedźmin?), że ten jest od niego wyższy przynajmniej o stopę. I że w rękach dzierży dwuręczny młot.

- Dlaczego mnie zaatakowałeś, człowieczku? – wymamrotał. – Czy i ty nie chcesz się dorobić na nieszczęściu innych? Tak czy owak – nie martw się! Ja nie męczę ofiar jak Nilfgaardczycy. Zginiesz prędko.

Poeta, kończąc klatkę schodów, poczuł za plecami przejście. Mógł uciekać murowymi elewacjami. Ale nie, jego kondycja mu na to nie pozwała. Zostałby szybko złapany.

Nagłe – przebłysk! – Jaskier ujrzał mały sztylecik wbity w deskę po jego lewej stronie. Szarpiąc się przez chwilę, wyjął go i panicznie cisnął w zbliżającego się Mężczyznę. Za wolno. Beznadziejnie wolna szybkość rzutu pozwoliła jaskrowemu oponentowi podstawić ogromny trzon młota i zwyczajnie odbić nadlatujące ostrze. Złamana rękojeść opadła tuż obok ucha śpiewaka.

Jaskier potknął się. Spocony, z rytmem serca jak krasnoludzkiego tarabanu w przeddzień wojny, patrzył na Pracującego Mężczyznę, unoszącego broń do miażdżącego ciosu. Nagle poczuł pod plecami jakąś niewygodę. Macając rękę, odkrył, że kawałek żelaza, na który upadł, był tak naprawdę cienką, zardzewiałą tarczą. Przewlókł owe znalezisko przez dłoń, zasłaniając się w ostatniej chwili. Zawył z bólu. Tak jak myślał, tarcza pękła, a młot zmiażdzył mu cały nadgarstek, aż do układu nerwowego. Płacząc, spojrzał na swoją bezwładnie zwisającą dłoń. Czekając na ostatni, miłosierny cios, zauważył, że Pracujący Mężczyzna wcale nie unosi broni. Trzymając się za własne czoło, Mężczyzna spoglądał na skapujące z niego krople krwi, wsiąkające w beton. Dopiero po chwili ponownie zaatakował. Jaskier otrząsnął się. Chwycił pozostałości tarczy w drugą rękę i ułożył ją tak, aby odbiła nadchodzący młot prosto na skroń napastnika. Udało się. Drugi nadgarstek barda został uszkodzony, jednak Pracujący Mężczyzna odskoczył razem ze swą bronią i krzyknął przeszywająco. Jego trup stoczył się po schodach z głośnym hukiem. Po chwili, w odpowiedzi na hałas, pomiędzy majątkami Wyzimy rozległy się syki i złowrogie nawoływania. Ghule, pomyślał poeta, z trudem stawiając się na nogi. Już nie znajdę więcej magicznych tarcz odbijających obrażenia. A jednak, czy przypadkiem nie wszystko w tej krainie... Tak. Koniunkcja Sfer. Granica. Zona Dżinów. Wypowiedziane dawno życzenie, zapewne o zaczarowanym orężu, znalazło odbiorcę. śpiewak zaśmiał się. Gdyby tylko złapać...

I nagle dotarło do niego. Nigdy już nie zobaczy Essi Oczko. Ona nie żyje, umarła w chaosie epidemii, leży zapewne zmieniona nie do poznania przez czerwone wypryski, bez życia. Musiało boleć. Na pewno bolało. Powolna śmierć, konanie, spoglądanie na swoje gnijące, niegdyś piękne, ciało. A to, co teraz widzi to tylko jego wyobraźnia wykreowana przez oszalały ze smutku umysł. Jedyna prawdziwe zjawisko w tym mieście to trupy i płonące ogniska. Ale to coś mimo wszystko żyje i ściga go. Słyszał nasilające się syki i dziwne mlaskania. Nie czuł już tęsknoty. Tylko i wyłącznie nienawiść.

Zaciskając zęby i starając się nie patrzeć na swoje zwisające dłonie i obrzydliwe, pokrwawione nadgarstki, powolutku zszedł schodami z powrotem na dół i ponownie skierował się na plac świątynny. Podziwiając cuda i nie patrząc na płonące ogniska trupów jakie mijał, zaglądał w każdą mijaną uliczkę. Dopiero teraz zauważył małe chabry rosnące wzdłuż brukowanego chodnika, wypuszczające w powietrze zielonkawą mgiełkę, która otulała ściany świątyni. Zakrztusił się. Co za chaos. Co za schizofrenia i profanacja. Ale już niedługo położę temu kres. Skrzeki nasilały się. Wierszokleta zauważył rozmazane cienie za zaułkami, zbliżające się do placu. Jak wszystko w tym miejscu, nie były one straszne. Przynajmniej na miarę ludzką. Przedstawiały po prostu takie kształty, na przykład lwa o głowie żmii, albo gryfa z tułowiem żubra, że Jaskier zdumiewał się zamiast się bać.

Bard dopiero po dłuższej chwili znalazł to, czego szukał. Mała, popękana szkatułka czy raczej morska butelka leżała obok studni na owym dziwnym bulwarze świątynnym. Uniósł ją do góry i przystawił czubek do oka. Oczywiście pusta. Czyli teraz potrzebował jeszcze dobrej piosenki, siły woli i odrobiny szczęścia. I pomysłu, jak skonstruować piosenkę, aby zniewolić dżina.

Lutnia... cały czas miałem ją na plecach. Chyba przeżyła upadek. Jaskier zdjął swój instrument powoli, ze drżącymi rękoma, pieszczotliwie. Trochę popękana. Ale struny przetrwały. A to jest ważne. A teraz o czym mam zaśpiewać? Widzę złote światło z okien tego miasta. Pnące się ku przestworzy winne grona i inne rośliny, jakich w życiu nie widział.

Aż tu nagle poeta przypomniał sobie starą, dość trywialną melodię o Nici Losu, którą razem z Essi zaśpiewali w ten pamiętny wieczór w chacie rybackiej na weselu w Bremervoord. Uderzył w struny i głaskając je zaczął:

Srebrzysta nić losu wiedzie mnie

Przez bór sosnowy i zieleń drzew.

 

Daleko; przecina rzeki nurt -

Na północnym wietrze szybuje wśród chmur.

 

Wędruje przez milczący las

Przez gąszcz leszczyny; gdzie nie dociera czas.

 

Przez Góry Srogie i Dolinę Wspomnień,

Maskuje się nieudolnie w cieniu modrzewi.

 

Dębowy liść już dawno zwiądł i opadł przeżółkły...

Elfowie smutni układają piosenki na lutni.

 

Wędruje wśród ich bolesnego płaczu -

Przemyka w zapomnianych odmętach czasu.

 

Pytam:

- Gdzie jeszcze mnie powiedzie?

Melitele tylko powie to szczerze

Coś unoszącego się, zniewalającego miasto, zatrzymującego cienie na murach. A nie, to tylko potężna muzyka. Siatka płomieni wzleciała w niebo z różnych punktów miasta. Kolory tęczy walczyły ze sobą. Nie o zwycięstwo, lecz aby zepchnąć jeden drugiego w dół, na zasadzie „byle tylko nie ja.” W końcu udało się. Do butelki Jaskra wleciał szkarłatny płomień. A ten wyszeptał życzenie. Chcę móc się bronić, być jak wiedźmin. Mam dosyć bezbronności. W rękach poety, już wyleczonych, pojawiły się dwa zręczne, półtora-ręczne miecze. Miecze miały srebrne klingi i szkarłatne, niemal jak sam dżin, wygrawerowane wzory przypominające gałęzie cierni. Końce scyzoryków były brutalnie zakończone czymś w rodzaju haka.

Dwie wysokie postacie wyłoniły się zza uliczki. Mężczyźni, co do tego Jaskier nie miał wątpliwości, mieli na sobie szare płaszcze ze spiczastym kołnierzem, spięte u pasa zieloną klamrą. Ich twarze były przerażająco blade, wręcz zgniło-niebieskie, wychudzone, wydłużone, odpychające. Bez wątpienia byli wampirami.

Jaskier schylił głowę. Starał się nie wyściubiać nosa ani o centymetr spod studni, za którą wskoczył tuż po otrzymaniu mieczy. Pamiętał o tym, co zawsze mówił Geralt. Rzadko które wampiry piją krew i atakują ludzi. Cała „wampirza krucjata” i powstania wiejskie to wyolbrzymiona propaganda. Ale mimo wszystko zemsta może poczekać. W końcu to tylko sen. Albo utrata zmysłów spowodowana przez zaburzenie psychiczne.

- Edwardzie, czy nie sądzisz, że to piękny i zarazem ekstremalnie dziwny, wszak jakże szczęśliwy dla nas przypadek Koniunkcji Sfer? – odezwał się pierwszy, wyglądający na młodszego wampir. Obaj nie zauważyli poety, gdyż szli przed siebie, mijając świątynię i wyraźnie kierując się na wprost, na poboczne targowisko, gdzie paliły się ogniska, mijając studnię i poboczne dróżki. - Nigdy wcześniej nie widziałem takiej filharmonii kreacji. Stwórca tego musiał być naprawdę wymyślną postacią. Całe miasto w kwiatach i grobach...

- Ależ Hlaanu... – odparł starszy „krwiopijca.” – Dżiny posiadają umiejętność surrealizowania każdej normalnej strefy koniunkcji. Zastanawia mnie tylko, który śmiertelnik był na tyle obłąkany, aby zniewolić dżina. Oni się mszczą.

Ma skurczybyk rację. I ja się mszczę. Tylko nie wiem za co – czy za wirus rozprzestrzeniony bez niczyjej winy? Poza tym, już raz złowiłem dżina. I powiedziałem sobie, że to się nie powtórzy. Jestem podwójnym hipokrytą.

- Dokąd my właściwie podążamy, Edwardzie? – wymowa młodego wampira nie podobała się rymoklecie.

- Synu, jeżeli masz ochotę na młodą, dziewiczą krew – zaufaj mi. Dziewczęta zawsze umierają w łaźni. Taka już moda wśród arystokratów. I bardów.

Melitele, trzymaj mnie. Brukołaki. Zabić te bestie. Lecz z drugiej strony, bez nich nie odnajdę jej ciała. Zabić teraz, z prawdopodobieństwem śmierci dziewięćdziesiąt procent, czy śledzić? Jedno nie wyklucza drugiego, ale ja już nie wytrzymuję.

Poeta poderwał się i szybko zrozumiał swój błąd. Jak mógł być taki naiwny? Przecież nawet dzieci chłopów wiedzą, że wampiry nie rzucają cienia. Do kogo, albo czego, należą więc cienie na ścianach?

Coś gruchnęło go w tył głowy, sprawiając, że upadł, uderzając głową o kraty studni. Przewracając się na plecy, ciął oboma mieczami na oślep. Trafił w osłoniętą dwuręcznym mieczem, zaskoczoną twarz Goryncza. Blok ponownie odrzucił go do tyłu. Tym razem, spadając ponownie na studnię, przeturlał się po kracie na drugą stronę, i stanął pewnie na ziemi.

Goryncz miał tradycyjnie trzy głowy, takie, jakie mógłby mieć zielonoskóry człowiek z podbródkiem kury i oczami żmii, lecz tylko na głowie środkowej znajdował się hełm. Reszta ciała goryncza pokryta była brunatnym pancerzem, stanowczo grubszym na łokciach i ramionach, lecz cieńszym na kończynach. Tu i ówdzie na pancerzu połyskiwały szmaragdy. Osobnik zasyczał, wysunąwszy język i machnąwszy smukłym ogonem, złapał pewniej dwuręczny, prosty miecz, i zrobił krok w celu okrążenia studni.

- Co robimy, Edwardzie? – spytał Hlaanu, orientując się w zaistniałej sytuacji - ujrzawszy Jaskra wyskakującego zza studni i Goryncza spadającego z dachu, ścierających się ze sobą.

- Jak wiesz, my nie atakujemy ludzi – odpowiedział Edward. – Jesteśmy neutralni, pijemy krew umarłych dziewcząt. W jaki sposób możemy komuś zaszkodzić? A ten, o, wygląda mi na niedobitka epidemii. Nie znam się na ludzkich chorobach, ale człek ten jest nadzwyczaj mizerny. Zostawmy go, Goryncze zadadzą mu szybką, miłosierną śmierć. Poza tym, nie wolno nam się wdawać w konflikty z innymi rasami. O, spójrz! -

Trzej żmijowi wojownicy zeskoczyli zgrabnie z okolicznych dachów, lądując na swych elastycznych butach i podnosząc miecze, jakie zrzucili przed skokiem.

Jaskier zignorował zbliżającą się ku niemu Gorynczę i puścił się w pościg za oddalającymi się wampirami. Drogą znienacka zastąpiły mu trzy inne smocze wojowniczki. A może wojownicy?

Zatrzymał się. Jedna, środkowa uniosła miecz od góry – proste cięcie na siłę, podczas gdy dwie pozostałe dźgnęły od boków. Poeta złączył miecze w jeden silny blok, odpychając dźgnięcia od dołu. Jedna Goryncza omal się potknęła, jednak została podtrzymana przez pozostałe. Korzystając z zaskoczenia, Jaskier rzucił się ponownie w bieg. Ujrzał wampiry skręcające w małą, niewiarygodnie wąską uliczkę. Tam też popędził, i wkrótce, po dosłownym przeciśnięciu się między gładkimi ścianami, wypadł na kolejny rynek. Tym razem plac ten nie wydawał się dostojny – było to targowisko pośrodku starych kamienic, z kilkoma pustymi barakami i straganami pełnymi różnorakich zegarków, klejnotów, sreberek i wstążeczek. Bez żywej duszy.

Edward i Hlaanu weszli po drewnianych schodach do małej, niepozornej budki na samym końcu placu - flegmatycznie, aczkolwiek zauważając spoconego Jaskra ścigającego ich jak bumerang. Para unosząca się z budki uniosła na zewnątrz przeciągłe rzężenie zanim bard rozwalił zawiasy drzwiczek rękojeścią. Na belkach podłogowych leżały dwie kupki popiołu. Essi Oczko siedziała na pryczy w beżowej, krótkiej sukience. Poza kilkoma zadrapaniami, wyglądała jedynie na smutną, niespełnioną. I odległą. Jej głos załamywał się, gdy przemówiła.

- Cześć, Jaskier.

- Oczko... Kocham cię.

- Ja ciebie też. Miałeś rację. Foltest to dupek. Wiedz, że jego nie kocham. Bo zmusił mnie do tego. Może nieświadomie, ale zmuszając mnie do zdrady ciebie, nawet po mojej śmierci...

- śmierci??!! Zdrady??!! O czym ty mówisz??!!

- Mam nadzieję, że nie będzie boleć, co oni tam z tobą zrobią... Przepraszam, ona zaprogramowała mojego ducha... Musiałam tu czekać, aż przyjdziesz...

- Czekaj, jeszcze raz powiedz, co...

Obraz się rozmył. Rzeczywistość stała się prawdziwa. Cokolwiek to znaczyło. Rozległa się słodka nutka lutni i Jaskier zawirował, aż uderzył o twardą ziemię.

*

Donald wkroczył do karczemki „ćwierkający Murzyn” przez okute stalowymi prętami wrota. Cały budynek tawerny był wystylizowany na podobieństwo roślin, wtapiał się w las. Stał na końcu drogi prowadzącej do przełęczy, przy stajni i jednym z dwóch wzgórz zastawiających ów szaniec, po którym ciągnął się sznur uciekinierów. Tył budynku, wykonany z drewna, łudząco przypominał skały – dopiero z jakichś dziesięciu metrów widać było różnicę. Na przedzie zaś właściciele przybytku zasadzili kilka topoli, by dać lustrzane odbicie pejzażom wymalowanych na ścianach.

W budynku siedziało sporo podróżnych, a także stałych bywalców. Lecz melanż grasujących po sakiewkach mend i hien, paniczów z dużymi buzdyganami, i imigrantów był zaiste wyborny. Za ladą i szynkwasem zasiadał sobie karczmarz, szczerząc ryj dziwnie jakoś, zagadując klientelę oraz serwując kolejne kadki i pajdy. Wyglądał na starego, zmęczonego człowieka. Między stolikami było przejście prowadzące na ganek, tam też panował największy harmider. Ciągle jakiś przebiegły człeczek czy krasnolud namawiał, na przejściu, naiwnych wieśniaków na różne dogodności.

- Hej, facet, spójrz na to – mówił jeden, najmniejszy i budzący największą pogardę. – Najprawdziwsze zioło! Zapal to, a popłyniesz. Daj mi czterdzieści brązu, to nauczę cię, jak się to przyrządza. Będziesz mógł sobie skręcać na roli.

- Co?! – Krzyknął któryś tam gnom, kręcący monopol na wacie cukrowej, jakiej najwyraźniej nie widziała tamtejsza ludność nigdy. – Mać twoja płać! Kurwa, myślą, że będę brał brąz za buraki cukrowe...

- Ty, lala! – Wydzierał się mocno wstawiony, czarnoskóry elf. – Pokaż, jaką cię stworzono!

- Ona jest moja! – Przystanął tuż obok ładnej dość dziewki barbarzyńca z dracznymi, czerwonymi paskami na łbie. – Won!

Developed by CD Projekt RED Powered by Bioware Aurora Engine Atari Nvidia Pegi Rating 18 ESRB Rating Mature 17+

"Wiedźmin jest naprawdę dobrą grą, która spodoba się każdemu fanowi gier PC RPG."
- IGN