Kopalnie Dümbra

SBK7

            We  wrześniowy dzień na gościńcu był całkiem spory tłok. Kupą z północy ciągnęli handlarze, ekonomiści, żebracy, złodzieje, prostytutki i inni przedstawiciele społeczeństwa. Zbliżała się zima, więc wszyscy posiadacze majątku ruchomego, bądź ci , którzy majątku nie posiadali wcale, zmierzali na południe, by lżej przeżyć zimę, która ostatnimi czasy stała się na północy bardzo sroga.

Wśród tłumu, który wrzeszczał, tupał i darł się w sile kilku tuzinów gardeł był jeden osobnik, który do owego zbiorowiska nie pasował.

Dziwny, białowłosy podróżnik jechał samotnie, na karym koniu, z niewielkim bagażem. Sponad prawego ramienia wystawała rękojeść miecza, przypiętego do przerzuconego przez pierś pasa. Ludzie słyszeli opowieści o ludziach noszących oręż w tym stylu.

Wiedźmini.

Nienaturalni, potworni, nieczuli mordercy, których nikt nie doceniał. Wokoło karej klaczy było sporo miejsca.

Ludzie bali się wiedźminów.

 

*

            Geralt złożył znak Aksji i ponownie wodził rękoma nad łbem Płotki. Już niedaleko do rozdroży, pomyślał, a  wtedy pójdę w cwał. Muszę nadrobić to, co straciłem w tym śmierdzącym gównem tłumie.

Ludzie to prymitywy – westchnął w duchu, patrząc na wolne miejsce wokół Płotki i pełne strachu spojrzenia podróżników.

            - Ludzieeeeeeeeeeee! Stać! – wykrzyczał kretyńsko ubrany poseł. Tłum jakby go nie zauważył – stać, mówię, chamy! Tam kupa monstrów, syczą a plują!

            Tłum natychmiast stanął. Natychmiast.

            - Co to za potwora, haa? – dopytywali się podróżujący. Geralt kątem oka dostrzegł, że ladacznice zarabiają nawet w korkach. Takie czasy, pomyślał.

            - Bo ja wie? Karłowate takie, na czterech łapach, o tak łażą – pachołek naśladował ruch potworów. Nieudolnie.

            - To te są. Ja wiem eeeee, te no, cholera, zapomniał żem.

            - To trzymcie pysk, bo jak nie do pasem przejadę!

            - Sam trzym! Przypomiałech se! Te, głule to som! – wieśniak dumnie skrzyżował ręce na piersi.

Tłum westchnął przeraźliwie, cofnął się o kilka kroków.

            - Kto się podejmie zadania? Hee? Zapłata jest!

            - Ile? – odezwał się Geralt.

            - Jak dla ciebie to – pachołek zmierzył wiedźmina – osiemdziesiąt szylingów.

            - Ile jest tych ghuli?

            - Osiem.

            - Osiem ghuli mam ubić za marne osiemdziesiąt szylingów? Zdrowi na głowach jesteście? Sto osiemdziesiąt.

            - Tyle, chamie to wiedźmin weźmie!

            - A ja co jestem? Sowia pójdźka? – sarkastycznie rzekł Geralt, powtarzając powiedzenie Jaskra.

            - Wyście są wiedźmin? Znak jaki macie?

            - Mam – powiedział Geralt, sięgając po medalion.

            - No dobra … Sto pięćdziesiąt.

            - Sto sześćdziesiąt.

            - Zgoda. Kiedy się panie, do roboty weźmiecie?

 

 

**

            Geralt sięgnął po dwa flakony – wilgę – na jad trupi i standardowo – orła, czyli miksturę, która wyostrzała wzrok i przyspieszała reakcje. Rutyna. Wychylił orła, a wilgę schował do kieszonki w pasie. Otrząsnął się i zwrócił do kupców:

            - Pieniądze macie?

            - Mamy, panie – powiedzieli wyciągając mieszek – sto sześćdziesiąt szylingów. A za szybką robotę damy coś gratis. Spieszno nam.

            - Dobrze. Za kwadrans droga będzie wolna.

Zebrało się kupa narodu. Wszyscy chcieli zobaczyć, jak wiedźmin morduje.

 Jak będę przymierał głodem to pójdę na arenę, do Cintry, pomyślał Geralt , czysty zysk a robota łatwa.

Stanął w odległości około sześćdziesięciu pięciu stóp od pastwiących się nad ścierwem ghuli. Sięgnął po miecz i zaczął iść. Pierwszy zorientował się ten, który był najbliżej. Puścił się pędem w stronę wiedźmina. Geralt zwinnym półobrotem w lewo i cięciem z wymachu w okolice brzucha pozbył się pierwszego potwora.

Zostało siedem.

Geralt, zdziwiony, zauważył, że zamiast reszta przybiec jak oszalała, stoi zwarta w grupie. Nawet ghule się czegoś uczą, pomyślał.

            Zwinnie przeszedł w trucht , miecz dzierżąc pewnie w prawicy, okrążał grupę z lewej strony. Ten skrajnie z lewej natychmiast wypadł z szeregu, z pazurami skierowanymi gdzieś w okolice uda Geralta. Wiedźmin, cięciem z łokcia, odrąbał mu łeb.

            Tłum westchnął. Sześciu.

Potem poszło już szybko. Ghule bezmyślnie rzuciły się do ataku. Geralt umykał przed ciosami odskokami, piruetami, bez przerwy zadając ciosy.

            Pięciu.

            Czterech.

            Trzech

            Dwóch.

            Ostatni.

Geralt, w ubryzganej od posoki kurtce, stał naprzeciw ostatniego przeciwnika. Co mi tam, pomyślał, niech ludzie mają trochę rozrywki. Przykucnął, lewą ręką oparł się o piach, w prawej, ponad karkiem, dzierżył miecz. Zmuszał potwora do podejścia. Głupi ghul dał się nabrać na starszą od wiedźmiństwa sztuczkę. Biegł w stronę wiedźmina, tuż przed ofiarą wyskoczył w górę, chcąc wbić pazury w głowę ofiary. Geralt przekoziołkował w tył, błyskawicznie wybił się w górę, i w momecie gdy oboje – Ghul i wiedźmin , byli w powietrzu rozpłatał monstrum w pionie, zaczynając od łba.

            Tłum wiwatuje.

            Geralt podszedł do kupców.

            - Moja zapłata. Sto sześćdziesiąt szylingów – spojrzał na klepsydrę i dodał – plus dwadzieścia ekstra.

 

***

            - Prr! Powitać – rzekł powożący wozem krasnolud – przeszkadzam?

            - Nie, skąd. Witam – odpowiedział Geralt.

            - Radem. Jestem Beraal Mond, jubiler.

            - Geralt z Rivii. Wiedźmin.

            - Ho ho ho! Pewnikiem do Mahakamu zmierzacie? Tam wielkie problemy mają.

            - Pod Górą Carbon znajdzie się dla mnie robota?

            - I to ile, panie. Nic wie wiecie? Gdzieście byli przez ostatni miesiąc?

            - Daleka północ. Kovir.

            - A to nie dziwota. A tyle się w górach wtedy działo, tyle… - pokręcił  z niedowierzaniem kudłatą głową – rewuruncja … ale po kolei. Proszę tedy słuchać: tygodni  za trzy temu wielki strach padł na Carbon, stolicę mahakamską. Kupa robotników zginęła w kopalniach Dümbra, najbogatszego i najsłynniejszego mahakamskiego jubilera. Wysłano tam wielki oddział Białych Włóczni, osobistej straży starosty Kenna. Z dwóch tuzinów żołnierzy ostało się dwóch, w dodatku jeden zdechł po wyjściu na powierzchnię. Ostatni żołnierz wielkiego oddziału opowiedział o wielkich niby mastodont pająkach! No to stary  Jovan Kenn powiedział: kopalnie zamknąć a rozwiązań szukać. Jakże to tak, odpowiadają mu głowy klanów, przecie z czego społeczeństwo mahakamskie żyło będzie? Jovan mówił cośtam o jakiś fundyszlach  wspomagających, ale to nie przeszło. Brouver Hoog – na radzie wziął i obalił starego Kenna. No i Mahakam ma nowego starostę – miłosiernie rządzącego nam Brouvera Hooga, niech mu szczęścia w rządach sprzyja. Od razu uruchomił kopalnie, do pomocy wysłał Szare Włócznie. Ale i tak krasnoludy giną przy robocie.

            - Pająki jak mastodonty…. Hmm może o kikimory chodzi – powiedział sam do siebie Geralt.

            - Hee?

            - Dokąd zmierzacie panie Mond?

            - A gdzieżby indziej, jak nie pod Karbon.

            - Ochrony wam nie trzeba? Porządnej, wiedźmińskiej.

            - Tak po prawdzie – zamyślił się jubiler – to trzeba. Ile chcecie za eskortę do stolicy?

            - Sto orenów.

            - Zgoda, panie wiedźmin.

W Mahakam wjechali  przez przełęcz Doval Dűnn, zwaną też Marmurową Bramą. Nazwa pochodziła od wielkich, starożytnych głazów białego marmuru, misternie ciosanych tak, by przypominały wrota. Podążali starym, wąskim traktem, biegnącym wzdłuż przepaści. Geralt  widział wiele, ale ten widok go urzekł. Nawet jego, nieczułego mordercę. Dna głębokich przepaści nie było widać, dno spowijała gęsta mgła, przypominająca wielką watę cukrową, wspaniały przysmak gnomów.  Wysokie góry, otaczające podróżnych, budziły respekt i refleksję. Nie było nigdzie drzew, więc szczyty wydawały się jeszcze wyższe, niż są w rzeczywistości. Wokoło pełno było wszelkiego rodzaju traw, które, przez osadzającą się mgłę, były nieustannie wilgotne. Wszystko było w zasadzie wilgotne.

Geralt cieszył się, bo nie napotkali żadnego niebezpieczeństwa. Praktycznie za nic dostał umówione sto orenów, bo i tak zmierzał pod górę Carbon. Po pięciu dniach opuścili trakt przy przepaściach i skierowali się ku stolicy, w kierunku, który wyznaczał ogromny, groźnie niebieszczący się szczyt. Również towarzystwo bardzo pasowało Geraltowi. Jubiler był raczej rozmowny, choć umiał milczeć. Podróż w jego towarzystwie naprawdę nie była męcząca.

Po siedmiu dniach od spotkania na rozdrożach zawitali pod Carbon. Geralt nigdy nie był w osławionej stolicy Mahakamu i bardzo ciekawiło go, co też krasnoludy wymyśliły za dziwactwa.

A wymyśliły niejedno.

Stolica Mahakamu, Carbon , była całkowicie położona pod ziemią. Wpierw, wchodziło się przez najzwyklejszą bramę główną, wbudowaną w najzwyklejszy, kamienny, miejski mur. I wtedy dochodziło co i jak. Mur otaczał niewielki plac, z trzema chatami, w których czekali ci, którym do stolicy wejść nie pozwolono. Następnie, szerokimi na piętnaście stóp marmurowymi schodami, schodziło się w dół, do Peronu. Peron to pomieszczenie całe wyłożone czerwonym marmurem. W jedynej ścianie z białego marmuru, było dziesięcioro drzwi. Za każdymi z drzwi był marmurowy most o długości dwudziestu jardów, prowadzący do  cypelku z windą w dół. Winda, to luksusowy, marmurowy balkonik, który zjeżdżał w dół z prędkością całkiem znośną. Geralt stwierdził, że krasnoludy są szalone na punkcie marmuru. Biała i czerwona skała była dosłownie wszędzie. Począwszy od ścian tunelu windy, aż do uchwytu w drzwiczkach machiny. Geralt nie miał zielonego pojęcia w jaki sposób winda zjeżdża w dół. Niechybnie była to sprawa magii. Także jak to, że pozostałych wind nie było widać, a przecież drzwi w białej ścianie były tuż obok siebie. Po trwającej około kwadransa zjeździe przyszedł czas na największy szok. Z drewnianych, niepozornych drzwiczek, wychodzi się na główną aleję stolicy.

Jest na co popatrzeć, pomyślał Geralt. Ogromne, gigantyczne wręcz pomieszczenie, większe około dziesięć razy od podziemnej areny w Cintrze. A arena w Cintrze zmieściłaby Pałac Królewski w Oxenfurcie, który wcale przecież mały nie jest. Główna Aleja, czy też Mǒnne Daern, miała kształt pierścienia. Szerokość Geralt oszacował na trzysta jardów. Długości nie miał szans porównać, bo końca nie było widać. Ale najbardziej się zdziwił, gdy spojrzał w górę. Pod sufitem latało około dwudziestu krasnoludów na młodych wiwernach. Łapanie czerwonych trolli w Górach Smoczych to przy tym fraszka, pomyślał Geralt. Sport ekstremalny – kierować młodą wiwerną w zamkniętym pomieszczeniu.

Aleja, pomimo swoich gabarytów, była strasznie zatłoczona. Większość przechodniów to krasnoludy lub krasnoludzice, choć Geralt gdzieś w oddali dostrzegł człowieka. Nie było to trudne, bo znacznie wywyższał się ponad karły. Całość oświetlały pochodnie przyczepione do ścian, mniej więcej w odległości stopy każda. Dodatkowo, na środku alei, paliły się latarnie. Geralt patrzył na ten obrazek urzeczony. Szyldy sklepów widoczne były aż po „horyzont”, czyli miejsce, w którym korytarz zakręcał w lewo, lub w prawo. Niesamowity był to widok.

 

****

            W karczmie „Młot i Kowadło”, najsłynniejszym lokalu w całym Mahakamie, znów było tłoczno. Gośćmi byli głównie krasnoludy, toteż wszystkim udzieliła się rodzinna atmosfera. Krasnoludy były niesamowicie towarzyskim narodem. Gospoda miała niesamowity klimat, coś, co sprawiało, że można tu siedzieć do rana. I zostawić cały mieszek. Kamienne ściany obwieszone były skórami – wilczymi i niedźwiedzimi, między którymi wesoło płonęły pochodnie. Ktoś śpiewał, gdzieś w rogu grała kapela. Ogromny kominek nadawał domowego ciepła i  miło ogrzewał całkiem spore pomieszczenie. Wszędzie unosił się zapach pieczonego prosiaka, czy też innego mięska. Gwar, zabawa – cudownie innymi słowy. Nawet Geralt, mruk i samotnik, rad był że jest gościem tak zacnego lokalu. Siedział, z podwiniętymi rękawami, opierając się łokciami o blat stołu. Popijał słynne krasnoludzie piwo z przypadkowo spotkanym znajomym.

            - Aaaa- ha-ha –ha , to dopiero był idiota – wydarł się nagle Dennis, ocierając uronione ze śmiechu zły – całe szczęście, że go gizarmami pokłuli, tfu!

            - Co ty powiadasz, Dennis, Falwick nie żyje? – zaciekawił się Geralt.

            - Ano, dzięki Bogom, nie. Dobrze mu tak, kurwa. Kutas to był, nie rycerz. Ze dwa miesiące po naszym incydencie, jechalim na zbójów w lesie i go wzięli i spuścili z niego krew, jak z tego, no eee, „z wieprzyka” – i wybuchnął śmiechem.

            - A ty, Dennis, czemuś ze służby u Herewarda zrezygnował?

            - Wiesz, Geralt, my, krasnoludy, znaczy, jesteśmy cholernie rodzinnym narodem. Tęsknota za krajem, znajomymi, ot co.

Geralt pokiwał głową w zadumie.

Dennis Cranmer począł głośno wyjaśniać coś kamratom, a w tym czasie Geralt przyjrzał się i przysłuchał pozostałym gościom lokalu. Krasnoludy rozmawiały, o dziwo o robocie, głównie. Geralt słuchał o wielkich wiertłach, szpadlach, szczypcach, piłach, pilarkach, szlifierkach, nożycach do stali, a nawet o tym, że Dornee Laas, górnik z kopalni Dümbra bezkarnie kradnie wykopane kamienie. Straszne.

- Uważaj, kurwa, jak chodzisz, pacanie! Piwo mi wylałeś, kurwi synu! – Geralt Obrócił się na krześle z zaciekawieniem i ujrzał…

                                                                       Yarpena Zigrina.

- Geralt? Niech mnie dżuma, stary druhu – krzyknął krasnolud, tuląc się do Geralt – kopę czasu!!

- Witaj, Yarpen. Dobrze znów cię widzieć. To jest Dennis Cranmer, mój znajomy.

- Powitać – Zigrin skłonił się w pas – i przepraszam za browara. Kolejkę wszystkim! Co cię wiedźminie, do Mahakamu sprowadza? Słynny problem kopalni Dümbra?

- Zgadza się – pokiwał głową Geralt – chyba nieźle zapłaci, co?

- No pewnie! Dümbra jest najbogatszym krasnoludem w Mahakamie! Sypnie orenami jak nic, powiadam ci.

- Co u ciebie, Yarpen? Opowiadaj.

- Zaciągnąłem się do Białych Włóczni. Doświadczenie mam, przecież nie na kartofle w hensletowym konwoju jechałem, więc wzięli z miejsca. Roboty niewiele, a płacą nieźle.

- Powiedz mi, z tym zadaniem. Do kogo to?

- Do samego starosty! Hoog przyjmuje codziennie w południe, przez kilka godzin. Kolejek do niego nie ma, więc sprawę załatwisz raz-dwa.

- To dobrze. Ma coś do wiedźminów? Żywi jaką urazę?

- Powiem ci, Geralt, że nie wiem. Mało go znam, ledwie kilka razy gom widział. Stary jest, rzadko z ratusza wychodzi. Powiedz mi tylko, gdzie nocujesz, wiedźminie?

- Tutaj, w karczmie.

- Zapraszam tedy do siebie! W służbie dorobiłem się całkiem niezłego mieszkanka, w dzielnicy mieszkalnej, sektor drugi.

 

*****

           

- I co, jak poszło? – zapytał Yarpen, gdy Geralt zamykał drzwi od chaty.

- Całkiem nieźle. Utargowałem tysiąc sześćset orenów za ubicie wszystkich, czyli pięciu kikimór. Hoog nie poskąpił też złota. Obiecał trzy sztabki.

- Noo, Geralt to teraz zimę masz zagwarantowaną. Za taką fortunę to przez trzy miesiące dach nad głową, gorące jadło i dupy, jeśli z umiarem korzystać.

- Całe szczęście. Jest tylko jeden.. hmm szkopuł…

- Jaki? Geralt?

- Trzeba te potwory zabić.

 

******

 

Kopalnie Dümbra były najbardziej „luksusowymi” kopalniami, w jakich Geraltowi udało się pracować. W górnych piętrach były nawet pochodnie. Na tych dolnych już tylko poręcze. Tu, gdzie był Geralt, nie było nic. I tu nie było już luksusowo. Było wilgotno. Na kamiennych ścianach chodników rosły grzyby. Gdzieś kapała woda. Kropla po kropli.

Kap.

Pachniało, a raczej śmierdziało starym, zjełczałym ozonem. Geralt znał ten zapach, miał okazję poczuć go, gdy mieszkał u Yennefer. Nie lubił go.

Kap.

Podłoże, wilgotna glina wymieszana z gównem stworzeń tu żyjących, skutecznie wyciszała kroki. Geraltowi element zaskoczenia był bardzo na rękę. Teoretycznie, sam wiedźmin na sześć kikimór, miał małe szanse. Teoretycznie.

Kap.

Wtem, usłyszał je. Wychwycił ohydny dźwięk, który wydają przy porozumiewaniu się. Mlaskanie połączone z pukaniem, terkotaniem lub bogowie wiedzą czym. Kudkudak, lub, baron z Tigg, też by wiedział, pomyślał Geralt. Ostrożnie wychylił się zza rogu, spoglądając na małą komnatkę. Pusto. Ostrożnie wszedł do pomieszczenia. I zrozumiał swój błąd. Słyszał, jak potwory zeskakują z podestu. Złożył dłonie w znak Quen. Zdążył. Ostre jak brzytwa nogi potworów ześlizgnęły się po niewidzialnej tarczy. Wykonał salto w tył, przekoziołkował w bok i sięgnął po miecz. Wyprostował się i zmierzył wzrokiem pięć potworów. Pierwszy rzucił się ten najmniejszy, ten skrajny z lewej. Geralt wyczekał go, a gdy nastał moment, wykonał przewrót w przód, miecz wystawiając w prawo. Zblokował ostrze, gdy odcinało kończyny kikimorze. Wstał, zwinnym półobrotem przylgnął do ściany. Cztery monstra ruszyły na niego, sycząc wściekle. Geralt stał. Potwory były coraz bliżej. Już trzy stopy dzielą kikimory i wiedźmina.

Pierwsza wznosi kończynę do cięcia.

Geralt wybił się w górę, saltem ominął nadciągające monstra. Tak jak liczył, wyrżnęły mocno w kamienną ścianę. Już w powietrzu wznosił ostrze do cięcia. Błyskawicznym ruchem prawej dłoni zranił wszystkie oszołomione kikimory w zad. Po kolei, każda, od prawej, do lewej uginała się od bólu. Tą z lewej dobił, wbijając ostrze, niby szpadel w ziemię.  Kopnął tę najbliżej w podbrzusze, usłyszał, jak syczy ze złości i bólu. Dwie kikimory rzuciły się na niego z kłami. Ledwo sparował uderzenie, odskoczył, uspokoił oddech. W międzyczasie odrąbał kończynę tej z prawej strony. To upraszczało sprawę. Tą z lewej ciął prosto między oczy. Zasyczała ostatni raz, długo i przeraźliwie słabo.

Zostały dwie, w tym jedna kaleka.

Pozornie skierował się na tą w pełni sił. Jednak kątem oka obserwował tę drugą. W momencie, gdy była tuż za nim, obrócił się gwałtownie, mocnym cięciem z wymachu rozrąbał łeb. Sam na sam miał już większe szanse. Zwodził mieczem ostatnie monstrum, kreślił koła i fale końcem ostrza. W końcu mocnym cięciem z wypadu wbił miecz po rękojeść w cielsko bestii.

Stał sam, na środku salki. Nasłuchiwał. Krasnoludy mówiły o sześciu potworach.

Spojrzał w górę. Pobłogosławił myśl, że nie schował miecza.

Kikimora-matka patrzyła na niego z wysokości ok. 30 stóp. Szykowała się do skoku.

Geralt czekał. W odpowiednim momencie musiał odskoczyć poza zasięg szponów.

Kap.

 

Kap.

            To wszystko działo się tak wolno

                        Wybija się

Leci

Geralt odskoczył, jak najdalej mógł, a następnie przekoziołkował, byle dalej.

Wielkie, ciężkie cielsko ląduje na podłodze.

Coś jest nie tak.

Trzask.

Podłoga zarywa się.

Geralt spada.

Odruchowo zasłonił twarz przed upadkiem. To była dobra decyzja, bo podłoże było skaliste. Zerwał się na równe nogi, sięgając po miecz. Miecza nie było, został na górze. Sięgnął do cholewy, po sztylet. Kiepsko to wyglądało. Kikimora machała ostrzami na oślep, Geralt skakał, dwoił się i troił, unikając ciosów.

Poczuł zimno w boku. I ciepło. I ból. Upadł, twarzą na podłogę. Kamienie skaleczyły go gdzieś w okolice oka. Chwilę potem widział zielono-czarno-czerwony tułów kikimory. Złożył palce w znak Aard. Stwór został odepchnięty. Geralt zerwał się jak szalony, pędził w kierunku wyłomu w suficie, przez który wpadł. Krew zalewa mu oko, pędzi na oślep. Światło? Tutaj? Nie. Ogień? Co?

Geralt złapał się korzenia jakiejś paskudnej rośliny, podciągał się, chcąc dostać się na górę.

Tak to ma się skończyć? Zaraza – pomyślał Geralt. Wgramolił się na górę i spojrzał w dół. I zamarł. Matka leżała spalona na węgiel, a obok niej klęczał…

Gigantyczny smok ceglasty.

Geralt chwycił miecz, włożył go do pochwy na plecach i biegł. W górę, w górę – pomyślał.

 

*******

            Długo trwało, zanim wyszedł na Mǒnne Daern. Było tak dziwnie. Cicho. Pusto. Zupełny kontrast w porównaniu z dniem. Ale nie miał czasu rozkoszować się ciszą i spokojem. Jakoś doczłapał się do części mieszkalnej, do sektora drugiego, do drzwi, które dobrze znał. I zwalił się na nie, straciwszy przytomność.

 

********

 

-Żyje aby? – stary, chrapliwy głos.

            -Żyje – też chrapliwy, choć nie taki stary – to wiedźmin. Niełatwo go zabić.

Poczuł, że leży na łóżku. Ależ mi łeb pęka, pomyślał Geralt. Ale mi zimno. W biodro.

            - Gdzie – odchrząknął –gdzie jestem? – powiedział , otwierając oczy.

Był w małym pomieszczeniu, w otoczeniu czterech krasnoludów. Yarpen, Dennis, Starosta Hoog i….

            - Wiedźminie? Wiedźminie słyszysz? Jestem Albert von Vessop, lekarz.

            - Słyszę, panie Albert – Geralt przeciągnął się, ziewnął – źle ze mną?

            - Było, panie Geralt, było. Teraz jest w porządku. Będę nieskromny, ale dzięki mej nieocenionej pomocy.

            - Nieo… - wiedźmin kaszlnął – nieocenionej?

            - Tak się, mówi, panie Geralt – zafrasował się medyk – no, za tydzień, dwa zdejmiemy szewki i będzie pan mógł wrócić na szlak do tego czasu ….

            - Zostanie u mnie – dokończył Yarpen – tak?

            - Nie widzę przeciwwskazań. To wszystko. Żegnam, wiedźminie.

            - My też lecimy – powiedział Dennis, wychodząc z Yarpenem.

            - Czarowniku – zaczął starosta – opowiedz mi wszystko co tam się stało.

Geralt opowiedział. O kikimorach, o matce, o dziurze w podłodze i obudzonym smoku.

            - Czyli.. czyli kopalnię należy zamknąć?

            - Takie jest moje zdanie, starosto.

            -A te, kikizmory to skąd się wzięły?

            - Podejrzewam, że przeszły tunelami z wschodnich gór mahakamskich. Kiedyś, kilkakrotnie tam polowałem.

            - Aha. A smok?

- Myślę, że smok drzemał długi czas, a kikimory po prostu go obudziły.

-  Tutaj – rzekł starosta, poklepując kuferek – jest zapłata. Dwa tysiące orenów i trzy spore rubiny…

            - Panie…

            - Nie przerywaj. Złota nie ma, bo za ciężkie. Dałem więcej, bo ci się należy za to biodro. Żegnaj, wiedźminie.

            - Do widzenie, panie starosto.

 

 

 

*********

            - … a wtedy wiedźma sruu! Nogą czar na wozy rzuciła! Pojazdy żółte się zrobiły,  a po chwili wojaki pozamieniały się w kaczki, żaby i innego rodzaju gówna!

            Wszyscy słuchacze, skupieni wokół stołu Geralt, Dennisa i Yarpena roześmiali się serecznie.

            - Trzymcie pyski, bom nie skończył – mnie gdzieś w górę wypieprzyło, tak żem zawisł w powietrzu! No, jakoś wtedy zlazłem – pociągnął łyk piwa – no i się rozstali z rycerzem Trzy Kawki i jego paniami, w atmosferze nader przyjaznej.

            Słuchacze poczęli klaskać.

W karczmie „Młot i Kowadło”, jak zwykle było cudownie.

Gdy wszyscy się rozeszli, Yarpen spytał wiedźmina:

            - No, a tak między nami – powiedział, szturchając go łokciem – ile jeszcze u mnie zostaniesz?

            Geralt łyknął piwa i ugryzł udko kurczaka.

            - Bo ja wiem… Nie wadzę ci aby?

            - Pogłupiałeś, czy jak?

            - No, to z tydzień, może dwa.

            - Dobra, brachu !– krzyknął, waląc Geralta  w plecy.

W „Młocie i Kowadle” było ciepło, miło, smacznie i tak jakoś… niepowtarzalnie.

Developed by CD Projekt RED Powered by Bioware Aurora Engine Atari Nvidia Pegi Rating 18 ESRB Rating Mature 17+

"Dajcie Geraltowi szansę przez parę godzin, a będziecie zaskoczeni,podobnie jak ja,w pewnym momencie mówiąc , "To pierwszy RPG na PC który mnie zachwycił od czasu...”"
- Shacknews