Przedmowa
Słońce jeszcze nie zdążyło ujawnić swej obecności na niebie, tylko różowa otoczka delikatnie rysująca się ponad górami Srebrzystymi mówiła o tym, że zaraz rozpocznie się nowy dzień. Czerń nieba powoli przeistaczała się w ciemny granat. Zwierzęta polujące nocą powoli udawały się na spoczynek, w humorze zależnym od wyniku łowów. Wiatr bezlitośnie burzył i miętosił zalegające wszędzie stosy liści.
W tak ciemnym i gęstym lesie, jakim był las Mariborski można było jeszcze nie uzmysłowić sobie, że zaczyna się nowy dzień. Kolejny dzień leczenia ran po wojnie, która tylko pozornie zmieniła wszystko, tak naprawdę nie zmieniło się nic.
Owszem, była wielka, ba, ogromna nawet , ale nie ma wojny, która położyłaby kres wszystkim wojnom. Dalej ludzie, elfy, krasnoludy i inne „rozumne” istoty zabijały się namiętnie. A to o wolność, a to o szlachetne ideały, czyste jak łza dziecka i pupa elfiego niemowlaka, a to, że ktoś przeleciał cycatą córkę miejscowego kowala i zrobił jej dziecko. Jedynym plusem takich zajść, było to, że babunie w trakcie prania miały temat do obgadania zamieść pleść bzdury o polityce. Królowie nadal kalkulowali, czy lepiej zdobyć ziemie sąsiada poprzez zagarnięcie czy lepiej otruć sąsiedniego monarchę i ożenić się z wdową po niechcianym konkurencie. Czarodzieje ciągle kombinowali, jak zwiększyć swoje wpływy. Więcej manewrowali językiem, aniżeli czarowali. Chłopi odbudowywali spalone wsie, zasiewali na nowo pola, i nie rozumieli czym znowuż zawinili. Przecież zapłacili wszystko w czasie! Czemu? Czemu? Za co? Tułający się po świecie kuglarze, pseudo-magicy, i jędze zawsze gotowe wywróżyć przyszłość z brudnej talii kart za garść orenów dalej wędrowały od wsi do wsi, wyganiane przez krzyki co bardziej oświeconych mieszkańców.
Mówiąc w skrócie, nie ma takiej siły, która położyłaby kres wszelkiemu ******, stąpającemu po świecie bez żadnych problemów, a często w blasku chwały.
Niekiedy nawet zawodowi rzeźnicy i łowcy głów poszukujący pracy wpisywali w swoje curriculum vitae masakry w których uczestniczyli, znanych ludzi których zamordowali, nazwiska zawodowych rębaczy, których nasz rębacz zarąbał, oraz referencje od poprzednich pracodawców. Bywały i takie przypadki, że referencje wystawiała ta sama osoba, która widniała na liście trofeów. Cóż, to pokazuje nie tylko dwulicowość zleceniobiorców, ale także daje do myślenia, jak nisko upadł ten zawód. Nie było już żadnych honorowych kodeksów, liczyło się tylko dostarczyć dowód, odebrać kasę, spić się w trupa, i wydać połowę nagrody w pierwszym napotkanym domu rozpusty. Dylematy w stylu: „mniejsze zło czy większe dobro, a może jest złoty środek?” zostawiono tylko i wyłącznie do rozważania dla uczonych ze stałą pensją, których sponsorował skarb państwa, ewentualnie żyjących na utrzymaniu jakiegoś bogatego barona czy też grafini, która chciała się pochwalić, że naukę wspiera. Tacy ludzie nie wiedzieli co się dzieje na bożym świecie, a jeśli wychodzili ze swoich zawalanych książkami albo aparaturami chemicznymi domostw (w zależności od wyznawanej dziedziny nauki), to tylko na herbatkę do innego uczonego, albo na zloty naukowe. I mimo przeogromnych ilości czystego destylatu, korzystali z niego tylko w celach naukowych. Czyste marnotrawstwo, a przecież to grzech. Mogli przynajmniej oddać potrzebującym. I tacy ludzie mają czelność wypominać cudze zbytki! Przyganiał kocioł garnkowi. Skoro nawet osoby, które w teorii świecą przykładem całemu społeczeństwu były moralnie dwuznaczne, kto miał bronić wolności uciśnionych, walczyć o czystość ideałów i strzec cnoty cycatej córki kowala? Wojsko? Miejscowa policja? Najemne, zapchlone wsióry? Ci, co walczyli o wolność tylko wtedy, kiedy ich własna była zagrożona, ideałów nie rozumieli i mieli je w rzyci, a co do owych córek mieli zgoła inne plany, aniżeli stać na straży cnoty?
Zmieniła się tylko statystyka ludności, dodano nowy dział do ksiąg historycznych i drastycznie zwiększyła się liczba sierot i obłąkanych.
Święcenia
I chociaż noc dopiero oddawała pole brzaskowi dnia, Kazik już dawno był na nogach. Nie mogąc zasnąć, rozdrażniony wstał, strząsnął z siebie złote, jesienne liście. W tych krótkich chwilach, kiedy udało mu się choć na chwilę przysnąć, miał bardzo, ale to bardzo dziwne sny. To znaczyło, że albo jego przyszłość jest nieodgadniona, albo że przesadził ze środkami halucynogennymi. Cały był w nerwach. Wodził oczyma po dogasającym ognisku i po współtowarzyszach z kręgu, którzy spali, przytuleni do siebie, by nie stracić ciepła. Szukał, szukał czegoś niecierpliwie, niewiadomo czy to rzeczy, czy to jakiejś zagubionej myśli bądź też wspomnienia. Nieraz się zdarza, że zaraz po przebudzeniu, nie wiemy, kim właściwie jesteśmy. Remedium Kazika na takie niebezpieczne stany było spojrzenie na swoje odbicie w tafli jeziora. W ostateczności, wystarczyła co większa kałuża.
Teraz, gdy jesień słała niemal dzień w dzień całkiem pokaźne ulewy, kałuże były normą. Kazik nachylił się nad takim oczkiem wodnym i ujrzawszy swoje oblicze, powoli chłonął siebie. Wiedzę o sobie, swoje „ja” czerpał ze swojego odbicia na chwilę zadekowanego w tej brudnej kałuży, czy też owe odbicie pozwalało mu odblokować się i nie zatracić się w sobie? Kazika zawsze to interesowało. Niestety, nikt tego nie wiedział, z tych, którzy Kazika otaczali.
Nie Interesowało ich to. Nie mieli takich problemów. To co słyszeli, tak przyjmowali.
Kazik, chociaż chciał, nie potrafił zrozumieć, to czego quasi-nauczyciele mówili o życiu i ich przeznaczeniu. O tym, że byli predestynowani wręcz do tego, co im dają.
Wprawiało go to w stan niebezpiecznego dysonansu, nie mógł pogodzić ze sobą tych myśli poznawczych, jakim były myśli i sądy.
A dzisiaj były święcenia na wyższy stopień w kręgu, po których już nie można było tak po prostu odejść. Jego siedemnastka i tych wszystkich innych sierot, które przygarnięto i zaopiekowano się nimi, w zamian żądając by kiedy dorosną, zostali tym kim byli ich opiekunowie. Tak naprawdę, nie urodzili się wszyscy jednego dnia, data była umowna. Tak bardzo bał się o siebie, o swój zszargany psychiczny stan. Z jednej strony, pogodzenie się z losem i zostanie szeregowym druidem, bo bez wiary nie awansowałby, byłoby zaprzeczeniem samego siebie. Ale ucieczka czy też odejście, byłoby co najmniej głupie. Zdechłby z głodu, albo poderżnięto by mu gardło. Nie miał się dokąd udać, więc? Decyzja byłaby o tyle prostsza, gdyby Kazik poznał siebie.
Bo tyle siebie znamy, ile z ust cudzych usłyszymy, ile z czarnych plam na życiorysie wyliczymy, ile oczu wypatrzymy, ile zrozumiemy z cichych podszeptów sumienia i innych, gdy się odwrócimy. Kazik tak często widział, a tak rzadko spotykał swoich towarzyszy, żadnych hańbiących plam na życiorysie nie posiadał, sumienie jego milczało, bo kiedyż miało się odezwać, a szeptać o nim nikt nie szeptał.
Zawsze był trochę na boku, nie garnął się do towarzystwa.
Z zamyślenia z tej dziwnej pozycji wyrwały go promyki słońca wpadające do oka i drażniące złotym lśnieniem. Spojrzał w górę, plecy go niemiłosiernie bolały.
Słońce już wyjrzało zza gór Srebrzystych, przypominało jednak bardziej gigantyczny błędny ognik niż potężną kulę ognia, dawcę życia, obiekt kultu lat dawnych, zapomnianych.
Tymczasem mrowie masy ludzkiej ułożonej koło już przygasłego ogniska poczęło pojękiwać i mamrotać jakieś farmazony bez składu i ładu.
Kazik patrzył na ten rytuał tak jak zawsze, ze wstrętem i fascynacją. Oglądanie tego zbiorowego aktu niezadowolenia i sprzeciwu wobec odwiecznych prawidłowości cyklu dnia i nocy sprawiało Kazikowi niemal fizyczny ból i perwersyjną przyjemność graniczącą z masochizmem. Przewracające się z boku na bok jednostki i zerkające co chwila, czy reszta ludzkiego stada już wstała, tworzyły zgodną, samouzupełniającą się formę rozpaczy i desperacji. „Istny obłęd”, pomyślał Kazik.
I kiedy już wydawało się, że ta gorszącą scena będzie się ciągnąć przez wieki, a swoim zgorszeniem najpierw doprowadzi do szaleństwa Kazika, a potem rozciągnie swoje wpływy na cały las i następnie w całej swojej gorszącej okazałości ukaże się dumnie całemu światu, jedno z ogniw tego całego nikczemnego zgorszenia podjęło niemalże nadludzki wysiłek i wydało krótki, niewątpliwie zbawienny dla całego świata dźwięk:
- Aaaaaa… (ziewnięcie), wstajemy już?
Cała aura zgorszenia pękła jak bańka mydlana, i przemieniła się w rewię głupoty, festiwal beznadziejności, wystawę stagnacji i bezsensu niewolniczej egzystencji.
A po chwili odezwał się drugie zniewolone przez samego siebie ogniwo trzódki, stanowiącej drobny fragment wielkiej machiny Bezsensu:
- Chyba taaak, skoro Kaziu już na nogach, to chyba i na nas czas…
Teraz trzeci głos wypełnił swoją rolę w tej arii banalności i rzucił swoją formułkę:
- Dzisiaj mamy, te no, jak to się mówi…
I czwarty głos:
- Święcenia?
Trzeci ponownie:
- Jak zwał, tak zwał. Mi się podoba w tym tylko to, że możemy jeszcze z godzinkę pospać. A teraz zamknąć się, moi mili.
Ta trywialna i sztampowa rozmowa miała jednak dla Kazika nadzwyczajne znaczenie, otwierała kolejny wycinek dotąd zamkniętych dla niego sfer rozmyślań.
Patrzył na siebie, swoje życie i decyzje, jakby był obserwatorem, osobą trzeci, stał z boku i chłodno analizował. Rzadki to dar, kiedy umiemy spojrzeć na nasze życie i porozmawiać z nim po cichu, oddzielić właściwą część siebie i porozmawiać z całością, jak starszy brat z młodszym. Wymaga to dystansu do siebie i odrobiny samokrytycyzmu. Te cechy wyrabiano u młodych druidów, przynajmniej w teorii.
Kazik kopnął najbliższe drzewo i poszedł przed siebie. Wszystkie inne grupy wiekowe już wstały, miały swoje zajęcia. Tylko „siedemnastka” miała dzisiaj święcenia, czyli właściwie miała wolne. Kazik usiadł w cieniu wiekowego dębu i zaczął oglądać zajęcia starego, pokręconego druida, zwanego Ziutkiem z nowicjuszami.
- Musicie zrozumieć, że ochrona zwierząt to coś więcej niż wsadzanie im termometru za każdym razem, kiedy nie będą chciały jeść! Od razu widać, że są z Was lenie i nieroby! Darmozjady chędożone! Garnkoskroby! Tu nie ma nic darmo! Pracować albo won! Jesień temerska to będzie kulawy utopiec przy tym!
Ziutek wyraźnie się rozkręcał, najwyraźniej przesadził z wielbionymi przez siebie ziółkami, potocznie zwanymi marylachonami. Była to scena o tyle śmieszna, co straszna, albowiem młodzi brali te słowa absolutnie poważnie. Kazik zauważył małą buteleczkę stojącą obok stołka Ziutka. Typowym zawodowym druidzkim sposobem pociągnął wodę źródlaną z butelki. Jedną z oznak picia na „druidzkiego gwinta” była możliwość wypicia całej butelki na raz. Kazik śmiele odchylił się do tyłu i ostentacyjnie, na raz wziął zawartość butelki. Straszliwa pożoga ogarnęła gardło Kazika. Nie mogąc przełknąć straszliwego płynu, wypluł wszystko. Prosto na Ziutka, który dalej perorował i gardłował z uporem godnym lepszej sprawy. Uświniony Ziutek spojrzał się powoli za siebie. Już i tak paskudnie wyglądający, teraz splugawiony, wyglądał raczej jak robota dla wiedźmina, a nie na dostojnego przyjaciela natury. To patrzył na pustą butelkę, to na Kazika, to wokoło, jakby w poszukiwaniu czegoś ciężkiego. Kazik wiedział, że w końcu znajdzie coś odpowiedniego, więc rzucił butelkę o drzewo, obok którego stał Ziutek. Butelka roztrysnęła się na małe kawałeczki, dotkliwie raniąc Ziutka. Wyglądał teraz jak powiększona lalka voodo w rękach wiedźmy sadystki.
- Twoja… - wrzasnął Ziutek
- Stara – dokończył Kazik – tak, wiem, że wisi piątaka prorokowi Lebiodzie.
I rzucił się do ucieczki, licząc na efekt zaskoczenia.
I nie przeliczył się. Siła przesłania Kazikowego tekstu dosłownie zamurowała Ziutka.
Dało to Kazikowi kilka dodatkowych sekund. Ziutek otrząsnął się, wyrwał Rudemu Benkowi kij rytualny, i rzucił się w pogoń. Piana leciała mu z pyska, a kijem machał w powietrzu skomplikowane wzory. Nie godzi się cytować co krzyczał, po prostu nie wypada. Ale na pewno stanowiło to motywację dla Kazika. Biegli, biegli, przedzierali się bocznymi ścieżkami, starali się nawzajem wykiwać, ale efekt był tylko taki, że w Ziutku potęgowała się chęć mordu, a w Kaziku wola przetrwania. Marylachony musiały dać naprawdę niezłego kopa Ziutkowi, albowiem powoli doganiał Kazia. I kiedy wydawało się już, że Ziutek zajebie Kazika, tu, tak jak stali, tak zwyczajnie, najnormalniej na świecie, kiedy obaj wpadli na skąpaną w majowym słońcu polanę, gdzie siedziała cała starszyzna rada wapniaków, opalała się i o czymś niemrawo debatowała. To się nazywa dopiero życie, wszyscy myślą, że ciężko pracujesz, a ty naprawdę śmiejesz się ze wszystkiego i wypoczywasz. Tak czy siak, przed Kazikiem zarysowała się niewyraźna szansa na życie. Przyspieszył akurat w momencie, kiedy Ziutek opuszczał kij, gotów zadać śmiercionośny cios. Jakie było jego zdziwienie, kiedy kij przeciął pustkę. Kij zaorał o ziemię i oparł się na niej, Ziutek tego nie zauważył i w efekcie nadział się na kij, zaostrzony koniec nabił się mu na pierś i wyszedł plecami. „Niesamowite, pomyślał Kazik – gdybym przeczytał taki bezsensowny zwrot akcji w jakiejś książce, to bym ją po prostu wyśmiał.”
Kiedy niewdzięczny Kazik rozmyślał o swoim szczęśliwym trafie, Ziutek już rzęził i wypluwał najróżniejsze rzeczy. Próbując wykrzyczeć Kazikowi ostatnią wiązankę, zakrztusił się własnymi rzygowinami, chwilę porzęził, odwinął się na drugi bok i odszedł do krainy wiecznych łowów. „ W jego przypadku to raczej do krainy wiecznego chlania” – Kazik najwyraźniej chciał dołożyć Ziutkowi nawet po śmierci.
Z zamyślenia wyrwały go rzadkie brawa i pojedyncze wiwaty.
- Hmm… to ja już sobie lepiej pójdę… - Kazikowi brakowało słów, których tak bardzo potrzebował, aby się wykręcić z zarzutu zabójstwa. Znał troszkę życie, wiedział, że ci, którzy będą go osądzać, będą mieli w dupie co on powie, a ramach łaski otrzyma karę za „nieumyślne zabójstwo”.
- Brawo! Naprawdę należą Ci się moje gratulacje! – Kazik wziąłby do siebie te słowa jako: „Zaraz cię powiesimy, uhaha!”, gdyby nie drobny fakt. Powiedział to Mietek, jeden z najbardziej przewrotnych i inteligentnych druidów, co w praktyce oznaczało najbardziej cyniczny i złośliwy do wszelkich granic możliwości.
- Nie, żebym pochwalał tego typu zachowania – pod wpływem wzroku reszty starszyzny Mietek zaczął ostrożniej dobierać słowa – ale typ podpierniczał mi regularnie cały zapas mojego najlepszego alkoholu. Z resztą, jak widzę, a raczej czuję, ty albo Ziutek zabraliście mi nadzieję na odzyskanie chociaż części zrabowanych dóbr. Albo oboje. Ale to i tak już nie ma znaczenia. Tobie wybaczę, zaciukałeś starego ochlaptusa, a zmarłego nie pociągnę do odpowiedzialności.
Mimo poparcia jednego członka, los Kazika ciągle pozostawał co najmniej niepewny.
Na dodatek, Mietek był zdecydowanie najmłodszy z całego grona, co równało się „najmniej ważny”.
Wiele par oczu patrzyło na Kazika, starając się wyciągnąć tyle ile się tylko da, zupełnie jakby jego wygląd miał jakiejś znaczenie. Spojrzenia krążyła wokół niego, szukały okazji do zaatakowania Kazikowej duszy, czyhały na każdą lukę. Każda z par oczu przebijających Kazika uparcie czegoś szukała. Zbrodni? Skruchy? Nadziei?
Kazik w zwyczajnej sytuacji zwróciłby uwagę na niezwykłą ciszę. Bardziej wyrazistą i sugestywną niż krzyki Ziutka i szyderczy uśmiech Mietka. Słychać było niemalże liście opadające powoli na ziemię. Ta scena była tak jakby gorzko-słodką symfonią życia, istnym kolejnym summa summarum. Inaczej. Z jednej strony trup, i człowiek, który nie poczuwa się do człowieczeństwa, i czuje, że przeznaczenie zapomniało o nim. Albo, że nie ma w nim czegoś więcej. Z drugiej albo wiecznie nachlane inteligenciki, albo skryci za długą brodą i ochronną tarczą doświadczeń starcy, którzy swój sens życia zgubili, zatracili lub zapomnieli. To była pierwsza myśl Kazika, po wyjściu z otępienia. Nie wiedział, czy sam otrząsnął się, czy ktoś mu pomógł. Dosłownie czy metafizycznie. Wszystko jedno. Wszystko jedno. Poczuł, że żyje, raźno spojrzał na swój polowy trybunał.
- Nasze prawa wyraźnie nakazują, aby za takie uczynki słuszną śmiercią karać… Azaliż nie z twej winy Ziutek straszną umarł śmiercią? Nie tylko w mej imaginacji takich jak ten godny co najwyżej pogardy sztubak kaes winien otrzymać? Tłumacz się, chamie sprośny! Tfu, że takie niedoroby po świecie chodzą! – mowę starego zgreda zrozumiały tylko inne jednostki równie poryte zmarszczkami, które zgodnie przytakiwały. Cóż na taką mowę Kazik mógł powiedzieć? Jego pierwsza myśl: „Co on pieprzy?” raczej się nie nadawała w tej sytuacji.
- Mnie raczej mało obchodzi, co z nim zrobicie… - Poparcie Mietka okazało się wyjątkowo labilne.
- Właśnie! Co będziemy debatować nad losem gnoja, skoro mamy na głowie tego Bolka z Talgaru! Wiem! Panowie bracia! Wyślijmy tego szczyla jako posła do Bolka!
Nie myśl gówniarzu jednak – tu stary dziadyga zwrócił się do Kazika – że ujdzie ci na sucho! Mietek, wytłumacz mu, co i jak, bo już jego gołowąsatego pyska zdzierżyć nie mogę!
Mietek wstał ze swego leżaka i gestem wyznaczył Kazikowi kierunek spaceru.
Było południe, promienie słońca przebijały się tu i tam poprzez poszycie leśne.
Kazik sam nie wiedział co myśleć. Udało mu się ujść z życiem, jednak co to była za misja?
- Widzisz - Mietek zaczął rozmowę – Bolek ma ochotę wyrąbać nasz lasek. Szykuje się wojny z jakimś ościennym państewkiem. Nas, rzecz jasna, interesuje tylko to, żeby Bolek wziął swoje zafajdane drewno nie od nas. I zapewne nie byłoby żadnego problemu, gdyby nie jeden mały, chędożony szkopuł. Otóż jesteśmy praktycznie jedynym źródłem deseczek do jego katapult. Oprócz tego jest znany z tego, że jest nieopanowany. Oczywiście delikatnie mówiąc. Wysłalibyśmy list, ale pewnie tylko byśmy tym przyspieszyli eksterminację. A poselstwo… no cóż, los posłańca jest nie do pozazdroszczenia. Czyli twój.
- Co, jeśli poselstwo, czyli ja, go nie przekona?
- Nie wiem. Po prostu nie wiem. Pewnie zwiniemy cały nasz kram i się rozejdziemy na cztery strony świata. Walczyć przecież nie będziemy. Pytania?
- Jadę sam? Bez eskorty?
- Samego cię przecież nie puścimy, jeszcze nam uciekniesz. Ale negocjować będziesz sam. Nie chcemy stracić reszty.
- Reszty?
- Nie będziemy zdziwieni, jeśli nie wrócisz. To będzie jednoznaczne z odmową uznania naszych żądań.
- A jeśli odmówię?
- To nie najlepiej na tym wyjdziesz. Jeśli pojedziesz, to może przeżyjesz. Jeśli odmówisz, to wznowimy postępowanie w sprawie Ziutka, co może się bardzo, to ale bardzo nieprzyjemnie skończyć. I to niezależnie od tego, jak bardzo go nie lubiliśmy.
Dura lex, sed lex. Znasz chyba Starszą Mowę?
- Niezbyt, ale sentencję tak.
- Może to nawet lepiej, Bolek nie za bardzo lubi filozofów i innych mędrków. Plotka głosi, jak ostatnio przybył na dwór Bolka całkiem znany myśliciel i domagał się audiencji. Zgodnie z nowym nurtem w filozofii chciał przedstawić Bolkowi wizję władzy ludu, monarchii konstytucyjnej, praw kardynalnych i zniesienia pańszczyzny.
- Podejrzewam, że raczej nie przekonał króla do swoich poglądów.
- Zgadłeś. Tyle, że w przeciwieństwie do innych królów, Bolek nie wysłuchał w spokoju, to co miał do powiedzenia ów filozof, nie pokiwał kilka razy swoją królewską głową, zrobił mądrą minę i życzył szerokiej drogi. A potem sprawdzał, czy nikt nie powtarza wywrotowych poglądów. Raczej potwierdził plotki o swoim pomyleniu. Kazał spuścić sędziwą człeczynę ze schodów, traktaty i rozprawy, które przywiózł ze sobą spalić, a prochy spuścić w nowym wynalazku, zwanym muszlą klozetową.
Ponadto, aby pokazać staremu, jak będą wykonywane jego zalecenia, wyszedł i zakrzyknął: „Zróbmy to inaczej! Na zasadzie konkursu! Kto trafi tego dziada kamieniem, ma zwolnienie od pańszczyzny na miesiąc!” Nie muszę mówić chyba, w jakim stanie wyjechał z Talgaru, biorąc pod uwagę panującą tam biedę. Od tego czasu jednak Talgar ma przypiętą etykietkę kraju, który nie jest zbyt dobrze nastawiony na moralne nowości ze świata, a Bolek ma spokój przed wizytami inteligencji. A za takich inteligentów uważa się druidów. Dobra. To tyle. Przygotuj się, jedziesz jutro z rana. Eskortę ci przygotuję. Kazik?
- Hmm…?
- Powodzenia. Bywaj, niech ci sprzyja szczęście. Twoja misja czysta niczym woda źródlana, cel jasny niczym gwiazdy, psyche twe niewinne niczym dziecka, a aureola wokół lica mieniąca się boskimi kolorami tęczy…
- Zamknij się już, nie mogłeś już poskąpić mi tego sarkastycznego akcentu?
- Eeeep! Aaaapsik!
- Po co ty masz tyle mąki na kinolu?
- Hm… no wiesz… mało mam rozrywek tutaj.
- Tiaa… ledwo się odwrócę, a ty już ćpasz fisstech… Pewnie jeszcze z psilocybem, co, Mietek?
- Skąąd wiedziałeś?
- Posłuchaj, co mówisz albo spójrz w lustro. Bywaj.
Kazik przez resztę dnia chodził po najróżniejszych zakątkach, zaglądał w każde miejsce, po raz pierwszy w życiu szczerze kontemplował piękno natury. Szczerze, a nie z wyuczonych formułek. Był to inny rodzaj podziwu. Nie był to krzykliwy w formie wiersz, nie nieszczere zachwyty, nie udawana cześć, nie fałszywy hołd, nie kłamliwy zachwyt, nie faryzeizm przyrody, a pewien szczególny rodzaj szacunku, podobny, jacy ludzie pierwotni składali bożkom wykutym w skale. Tak, te emocje, które Kazik odczuwał, były bardzo pierwotne, proste i nieskomplikowane, a przez to takie szczere i autentyczne. Było to mieszaniną lęku, obawy i całkowitego oddania swoistemu rodzajowi teizmowi. Całkowicie go to zdziwiło. Właśnie tak powinien czuć się druid. Hołd przyrodzie w każdym spojrzeniu, w każdym ruchu. Nabożny kult, obawa o zniszczenie naturalnego, prawdziwego piękna, przez głupców zamkniętych w czterech ścianach? Teraz, takie uczucia, kiedy każdy normalny człowiek odwróciłby się od tego i przekląłby to po stokroć? Kiedy skazany został na niemal pewną śmierć? Czy pójdzie na nią podniesioną głową, jako przykład, czy będzie kombinował do końca? Każdy normalny człowiek splunąłby i miałby Kazika w pogardzie. Kazik nie wiedział po czyjej stronie racja, gdzie jest prawdziwa istota człowieczeństwa. Tam, gdzie krystaliczna czystość jest w cenie, gdzie każdy defekt, każdy brud, każde miejsce lub osoba brukająca tą ukochaną krystaliczną czystość, była skazana na śmieszność i… tak, pogardę? Tam, gdzie popijają wino ze szczerozłotych naczyń, gdzie prowadzą rozmowy wysublimowane aż do bólu?
Tam, gdzie zapadają ponoć najważniejsze decyzje, które tak naprawdę nic nie zmieniają. Czy tam jest bolesna racja, słuszny wybór mniejszego zła, czy to są tylko maski, gra pozorów, która ma zakryć ból i tęsknotę, za rzeczami, które trzeba porzucić, aby do tej elity się dostać? A może racja była tam, gdzie ta piękna, prosta, słodka i ukochana, ale jednak… prymitywność? Całkowite odcięcie się czy zupełna integracja?
Obie strony gardziły sobą.
Bo był to czas nieustannej pogardy, czas drapieżnego wzroku, czas dusz niespokojnych, czas umysłów chorych, czas spluwania bez patrzenia za siebie.
W miarę postępu technologicznego wiadomo było, czyje na wierzchu, co wygra. Teraz pozostała kwestia zachowania sanktuariów i ostatnich bastionów natury i ochrona ich przed zniszczeniem. I jak zwycięzcy, którzy przecież piszą historię potraktują przegranych. Idealnym przykładem tej walki o przetrwanie była wyprawa Kazika do Bolka. Bolek, sam, nieświadomie stał się stroną w tej wojnie, która zaczęła się, zanim jego królestwo wogóle zaistniało na mapie.
"Polskie studio CD Projekt wykreowało jedną z tych przełomowych gier które podnoszą poprzeczkę dla wszystkich."
- Gamespot