Bonhart

Rager

Zmierzch zapadał, a nad wioską pojawiły się kruki, które , gdy słońce stawało się czerwone, lubiły przesiadywać na dachach tutejszych sadyb. Nikomu się to nie podobało, ale niewiadomo czemu, kruki czuły się tu komfortowo. Siedząc spokojnie na czubkach strzech bacznie obserwowały wracających z pola chłopów. Miały też baczenie na dzieci bawiące się przed domami, na ich matki, które prały w pobliskiej rzece, do której z wioski było może z pół strzelenia z łuku.
Ale nie dziś. Dziś było inaczej. Wszystkie kruki miały oczy utkwione w nadjeżdżającym mężczyźnie, który jak widziały, wyszedł z odległego domu, należącego do zarządcy i zmierzał właśnie do kruczego posterunku - gospody. Był to już drugi nietutejszy, który przyjechał do wioski w ciągu ostatnich trzech dni. Koń tego pierwszego nadal stał przed kruczym posterunkiem, a ten drugi był krukom znajomy. Pamiętały jak przyjechał do wioski kilka tygodni temu, jak rozbił na polecenie zarządcy bandę rozbójników. I to nie byle jaką.
Hanza Dużego Lothara znana była na pół świata. Grasowała nie tylko w Ebbing i Mettinie, niektórzy twierdzili, że znano ją również w Cintrze i to nie z opowieści bardów i legend, które krążyły od Nilfgardu aż po Kovir, sławiąc czyny tejże Hanzy. Hulajpartia jak się patrzy.
Kruki pamiętały także jak to się stało, jak zginęli ludzie Dużego Lothara, jak zginął on sam i jak zginął jego brat.

·

To nie był jeszcze zmierzch, ale słońce przybrało kolor czerwony, chowając się częściowo za chmurami, a kruki swym zwyczajem nadleciały niebawem. Zarządca widząc znów te wredne ptaszyska, splunął siarczyście, klnąc się na ich macie, że następnego dnia już tu nie przysiądą. I mimo, że robił tak każdego wieczoru, gdy zobaczył kruki, Bonhart prawie uwierzył, że jeszcze dziś ich tam nie będzie.
− Nie wiem panie Jens, jak chcecie się ich pozbyć, ale ja nie przyjechałem tu za krukami ganiać, tak jak już mówiłem. Trzeci tydzień jestem na ich tropie. Zwiedli mnie dwukrotnie, a teraz w końcu ich mam. Jak by mi hanzy było mało to na deser Muchomorek – pod wąsami Bonharta dało się zauważyć uśmieszek, który mimo paskudnego wyglądu, miał świadczyć, że łowca jest zadowolony. – Znasz pan Muchomorka?
− A jakże mógłbym nie znać skurwla jednego!? Pierun by go trzasnął, dziad jebany mi chłopka zaciukał. W gospodzie rozróbę zrobił. Prędki on do bójki. Oby pod psem skończył!!
− Oj prędzej niż myślicie, panie Jens, znajdzie się Muchomorek pod psem. Jeszcze dziś wieczór będzie ziemię gryzł. Ja właśnie z tym do pana. Ubić mam tą swołocz, nie znalazł by się jaki mieszek na rekompensatę trudu?
− A wy co? Durnia chcecie ze mnie zrobić? Ja, wystawcie sobie, wiem, że nagrodę już macie przyobiecaną! I to nie byle jaką, gdzie wasz honor, żeby jeszcze ode mnie brać?
− Ja nie jakiś tani łowca głów, panie Jens, ja zajmuję się świadczeniem usług, a żaden problem bym wyświadczył i wam i szanowanemu prefektowi z Vicovaro. Jeśli nie, to ja mogę poczekać, aż się hanza tutaj nacieszy i gdy będą wyjeżdżać to się dopiero nimi zajmę i nie będzie mnie obchodzić, że Muchomorek zaciuka następnego chłopa…
Wtem z gospody wyleciał z hukiem jeden z chłopów. Sturlał się ze schodków ganku i wygrzmocił głową w belkę od wiązania koni. Za nim wypadli z gospody jeszcze dwaj mężczyźni, jeden z nich dobył miecza, rozglądając się, a drugi ruszył w stronę chłopa.
- No to jak panie zarządco? Stoi?
- Dobrze panie Bonhart, niech będzie, że dorzucę panu pięćset orenów, a teraz, niech się pan za nich weźmie, bo mi następnego chłopka ubiją. Na co pan czekasz?
- Najpierw przypieczętuj pan umowę – Bonhart wyciągnął rękę. – Ściśnij pan prawicę, nie zdąży pan okiem mrugnąć, a trupy zobaczy.
Część kruków przyglądała się scenie, rozgrywającej się przed ich posterunkiem, lecz część bardziej zainteresowana była nadjeżdżającym człowiekiem. Ten olbrzymiego wzrostu, ale chudy mężczyzna o przerzedzonych siwizną włosach i wodnistych oczach, nadjeżdżał od domu zarządcy, przyglądając się scenie z twarzą, na której nie było emocji. Nie znalazło się tam gniewu, nienawiści ani nawet strachu.
Bonhart zeskoczył z konia. Dobył miecza z pochwy przy siodle i ruszył w stronę Muchomorka, nadal okładającego chłopa po gębie. Według niego chłopu całe zostały co najwyżej trzonowce. Stojący kilka kroków za Muchomorkiem bandyta z mieczem dostrzegł Bonharta i krzykiem przywołał kompana do porządku. Brat Dużego Lothara zmierzył łowcę przenikliwym wzrokiem.
- Proszę, proszę! Kogo nam tu wiatry przywiały, widzę że mój brat miał szczęście, że was wczoraj tu znalazłem, nieprawdaż Gordik?
- Skoro tak twierdzisz. Zawołam resztę, żeby też mogli się nacieszyć widokiem znanego nam przecież łowcy, a ty Muchomorek nie rób nic głupiego.
Muchomorek dobył miecza i poprawił kurtkę na sobie. Zmierzwił włosy lewą ręką i uśmiechnął się do Bonharta kpiąco.
- Nie mów mi, że chcesz się ze mną mierzyć w pojedynkę!? Jeśli tak to proszę bardzo, bo jak przyjdzie reszta to nie potańczymy sobie.
Rozbójnik poczerwieniał, widać było, że walczy ze sobą. Po chwili wybrał śmierć.
-Niech gra muzyka!
Muchomorek był wolny, strasznie wolny. W jego oddechu czuć było piwo, a i fisstechu pewnie też sobie nie darował. Bonhart sparował jeszcze kilka ciosów. Mocnym uderzeniem w początek klingi miecza Muchomorka, tuż za jelcem, wybił mu broń z ręki, a następnie z całej siły z obrotu ciął w szyje. Głowa potoczyła się po piasku, który natychmiast zbrązowiał.
- No to jeden dowód gotowy.
Z gospody wypadli członkowie bandy z Dużym Lotharem na czele. Spostrzegli ciało, od którego głowa leżała trzy metry dalej. Lothar dobył miecza i rzucił się na Łowcę a za nim ruszyła jego banda.
- Ty skurwielu – wrzasnął Lothar! – Pożałujesz, że cię matka zrodziła! Na niego panowie, zajebać psiego syna!
Doskoczyli do niego w czterech. Bonhart wywijał się spod mieczy, parował ciosy i odskakiwał, aby tylko nie dać im możliwości otoczenia go. Jednym ciosem powalił wysokiego draba, który właśnie zamierzał go ciąć. Uchylił się przed nadlatującym mieczem i podciął nogi Gordikowi. Mężczyzna wrzasnął. Krzyk urwał się, gdy Bonhart dokończył dzieło cięciem po szyi. Do walczących doskoczyło jeszcze dwóch. Łowca zakręcił młynka mieczem, dając sobie tym samym trochę czasu i przestrzeni. Bonhart splunął na stojącego naprzeciw mężczyznę, który zasłonił się odruchowo. Łowca ciął go na wskroś przez ręce i klatkę. Natychmiast przeszedł do defensywy i bronił się przed ostatnią czwórką.
Teraz dopiero się zaczęło. Atakowali jak wilki, doskakując i odskakując. Szczęk stali słychać było aż pod domem zarządcy, który patrzył na nich z bezpiecznej odległości. Klątwy miotane pod adresem Bonharta jakoś nie docierały do chłopów, przyglądających się walczącym. Nagle z kotłowaniny wyleciał jeden z bandy Dużego Lothara, zatoczył się, potknął o własną nogę i padł na piasek zalany własną krwią. Chwilę później chłopi zobaczyli jak Lothar klęka łapiąc się za brzuch, a jego dwóch kompanów pada na boki.
- Kto jak kto, ale to chyba nie ja powinienem żałować, że mnie matka zrodziła.
Bonhart stał z rękoma wspartymi na głowicy miecza. Lothar patrzył na niego i ostatkiem sił powiedział:
- Kiedyś trafi kosa na kamień Bonhart, zobaczysz, że trafisz w końcu na lepszego od siebie.
Łowca ujął miecz w dwie ręce i z rozmachem pozyskał drugi dowód dla prefekta. Przyjrzał się najpierw jednej głowie, potem drugiej.
- No proszę, proszę! Dwie pieczenie na jednym rożnie. Niech no któryś przyniesie mi zaraz worek soli – krzyknął w stronę chłopów.

·

Teraz kruki wiedziały co się stanie. Pewnym było, że łowca nagród przyjechał tu po człowieka, który zatrzymał się tu trzy dni temu. Zapowiadała się niezła walka, gdyż człowiek siedzący teraz w gospodzie, z którym to Bonhart miał walczyć, nie jest byle kim. Często wieczorem odjeżdżał na cmentarz położony około pół mili od wioski i wracał gdy kruki już odleciały, a trzeba dodać, że czasami potrafiły przesiadywać na strzechach do północy.
Łowca nagród zostawił konia przed gospodą, zawiązując lejce na belce. Kruki przyglądały mu się z ciekawością. Gdy zniknął pod dachem ganku rozległ się trzask drzwi. Ptaki czekały kręcąc łebkami to w jedną to w drugą stronę.
Z gospody dochodziły dźwięki zabawy. Wyraźnie słychać było skrzypce, bęben zastąpiono chłopem o silnych nogach z drewnianymi chodakami. Co jakiś czas odzywał się też flet, na którym grał młody chłopek. A grał tak cudnie, że miał już zapewniony wybór nowej żony. Karczmarz uwijał się jak mógł między stolikami, ślizgając się po mokrej od rozlanego piwa podłodze. Kilka par tańczyło, zachęcając przy tym siedzących żłopaczy piwa do rozruszania stawów. Jedna dziewczyna tańcowała w rytm muzyki na stole otoczonym przez kilku chłopów. Jej biust falował zniewalająco, co sprawiało, że żaden z oglądających nie wróciłby ze świata marzeń nawet gdyby dano mu w mordę. Tylko jeden człowiek rezygnował z zaproszeń składanych przez kilka pań z rzędu. Wyglądał na zmęczonego, w jego ruchach było coś zniechęcającego, coś co mówiło wszystkim: „Lepiej nie podchodź, mam zły dzień!”. Lecz Bonhart nie dał się na to nabrać. Wiedział kim jest ten facet: mały kuferek obity skórą, zawieszony przy siodle jego konia, miecz pokryty runami, odbijający światło w niesamowity sposób, zupełnie jak srebro, medalion u szyi, przedstawiający głowę jakiegoś zwierzęcia, zapewne wykonany także ze srebra. Ten gość był reprezentantem fachu wiedźmińskiego i to właśnie na niego dostał zlecenie. Musiał nieźle zaleźć za skórę pobliskiemu prefektowi, żeby wyznaczać za jego głowę osiemset orenów.
Wiedźmin zdmuchnął pianę z piwa, które właśnie przed nim postawiono i przyjrzał się kuflowi. Bonhart od wejścia widział niedomyte resztki jakiejś bliżej nieokreślonej substancji. Grymas zniesmaczenia wykrzywił jego twarz gdy zobaczył jak wiedźmin pije przykładając usta do owej substancji.
- Nie sądzisz, że mógłbyś się tym otruć? – zapytał dosiadając się do stolika.
- Bardziej szkodliwe jest wychylenie nosa za drzwi domu, bo w każdej chwili mogą ci go przetrącić. – odparł niewzruszony, pijąc dalej, jakby na pokaz.
Bonhart przyjrzał mu się porządnie. Miecz oparty o krzesło, na którym siedział wiedźmin został ostrzegawczo pogłaskany. Nie wiedział dlaczego, ale żywił pewną sympatię do wiedźminów. Może za ich sposób bycia, może za profesjonalizm, może za to, że tak naprawdę się niczym od nich nie różnił, tylko że on polował na ludzi… i na wiedźminów. Bo przecież faktem było, że nikt wiedźminów za ludzi nie uważał. To, że pozwalano im przesiadywać w podobnych do tego miejscach lub w miejskich burdelach, było zasługą reputacji jaką sobie fundowali. Nikt nie ośmielił się zaczepić człowieka, w którym poznał wiedźmina. Prawie nikt.
- Zresztą nie wiem po co martwisz się o moje zdrowie - wiedźmin przerwał milczenie po tym jak wypił piwo. - Przecież obaj wiemy po co tu przyszedłeś. Bo chyba nie chcesz mi powiedzieć, że miecza, który zresztą nie jest mi obcy używasz do strugania, a dostałeś go od babci, która zamiast szyć na drutach, parała się wykuwaniem z meteorytowej stali. Nie, nie owijaj w bawełnę Bonhart, a tak znam cię. Twoja sława wyprzedza cię łowco nagród i to nie o kilometr czy dwa. Powiedz, kto był na tyle odważny lub na tyle głupi, by za mnie zapłacić?
- Nie będę owijał w bawełnę skoro prosisz. Prefekt Trinko z Baltrod, widać trochę mu podpadłeś, bo wycenił cię jak żadną inną bestię. Dał mi osiem setek za twoją głowę. Nie wiem tylko czy było warto pisać się na takie ryzyko.
- Osiem setek za mnie? A mówią, że to my zdzieramy z ludzi ostatni grosz. Wyobraź sobie, że ten sam prefekt chciał bym odczarował strzygę, bo usłyszał, że jeden wiedźmin dokonał tego z królewną Temerską. Za sześćset orenów miałem iść na pewną śmierć. Szkoda, że nie usłyszał, że Geralt dostał trzy tysiące Temerskich koron.
- Niewielka różnica w pieniądzu, co daje nam olbrzymią różnicę w kwocie, ale co kraj to obyczaj. Tutaj wiedźmini nie są popularni, a jak przyjdzie im zapłacić to tak jakby mieli posprzątać pokój. Nie są w cenie te wasze usługi wiedźminie, oj nie są.
Wiedźmin spojrzał na Bonharta jakby zobaczył wyjątkowo upierdliwego upiora, który potraktowany srebrnym ostrzem, nie chce się odczepić. W chwilę później przypomniał sobie, że widział łowcę nagród zanim wszedł do karczmy, umawiającego się z zarządcą tego zadupia. Był pewien, że bezwzględny łowca od niego też wytargował sporo. Tacy jak Bonhart mieli tylko jedną zasadę: zarobić jak najwięcej. Po prawdzie zasada była słuszna, ale wiedźmin nie pamiętał, by kiedyś za zlecenie brał od dwóch osób.
− Jak sądzisz Bonhart, dopisze nam jutro pogoda?
− Pogoda? Nie rozumiem cię Wiedźminie, masz walczyć, a ty się pytasz o pogodę. Martwisz się, że zmokniesz, czy też starasz się w jakiś sposób podtrzymać rozmowę?
− I jedno, i drugie.
− No to posłuchaj i popatrz, mam lepszą wersję naszej rozmowy. Widzisz tamtą dziewczynę? Tańczy na stole. Nie, nie ta, ta druga. No tak właśnie ta z dużym biustem. Chciałbyś ją dzisiaj mieć?
− Po co mi ona? Ja jestem wiedźminem. Zostałem stworzony do zabijania potworów, a nie do podtrzymywania ludzkiego gatunku. Nawet gdybym chciał się zabawić, to nie będę tego robił kosztem zwykłej dziewczyny, od tego są burdele.
− Gdybym miał się zabawiać w tutejszych burdelach to, po załatwieniu ciebie, starczyłoby mi może na dwa razy. – Bonhart dokończył swoje piwo i wstał. − Dlatego dziś zamierzam się zabawić na miejscu. Życzę miłej nocy, a teraz idę załatwić nęcącą mnie potrzebę.
To powiedziawszy nie ruszył w stronę dziewczyny, jak spodziewał się wiedźmin, ale w stronę drzwi wyjściowych. Wiedźmin był prawie pewien, że tej nocy go nie zobaczy. Zaplanował sobie, że pójdzie na cmentarz. W końcu zadanie czekało i mimo, że już trzy noce wyczekiwał Ghula bez skutku, to w końcu miał tu zadanie do wykonania, a jutrzejszą walką, mimo, że nie był pewien jej wyniku, nie przejmował się.
Gdy pomyślał sobie, że Bonhart wytargował coś od zarządcy, to zaczynał źle wspominać rozmowę z Jensem.

·

Wiedźmin przyjrzał się zarządcy, powoli osuszając swój kufel. Słuchał go cały czas analizując dane. Według niego potworem, który nękał chłopów z tej wioski, był Ghul lub jego starszy kuzyn Graveir. Sam wolałby, żeby to nie był Graveir, gdyż z ostatniego spotkania z tego rodzaju potworem pozostała mu paskudna szrama na lewym ramieniu. Nie wykrwawił się tylko dzięki eliksirowi, który spowolnił tempo bicia jego serca.
Graveiry były szybsze od Ghuli i zdecydowanie silniejsze. Ich wielkość, grzebień z kolców na grzbiecie i głowie oraz długi jęzor, służąc do wysysania szpiku z kości, sprawiały, że wyglądały naprawdę przerażająco. Ghule pozbawione zarówno tak przerażającego wyglądu jak i siły i szybkości swych kuzynów, nie sprawiały aż tyle problemów. Tym bardziej wyglądało to na łatwe zadanie, że mowa była o jednym potworze.
Jens skończył mówić i wpatrzył się w wiedźmina, jakby oczekiwał odpowiedzi, której nie będzie mu łatwo znieść. Przez chwilę zajął się sobą, wyłamując sobie palce i stukając nimi o blat stołu. W końcu wiedźmin przemówił:
− No dobrze panie Jens. Sprawa wygląda prosto. Pańscy chłopi słusznie się bali chodzić na ten cmentarz. Moim zdaniem zadomowił się tam Ghul jakowyś albo Graveir, choć z dwojga złego wolałbym tego pierwszego. Pójdę tam nocą i rozprawię się z poczwarą. Ale będzie was to kosztować pięćset orenów zarządco, a jeśli okaże się, że był to Graveir to dorzucicie jeszcze dwieście.
Zarządca podrapał się po karku, przeczesał włosy i zamiótł sufit oczami. Westchnął ciężko, wyglądał na załamanego.
− Panie wiedźmin, myślisz pan, że ja tu pieniędzmi szastam? Ledwo miałem ostatnio na zakup nowego pługa. Ja rozumiem, że potworzysko to, to jakieś wielkie bydle, że jak się nie pozbędę, to mi nabruździ, ale ja nie mam tyle co by i was i siebie zadowolić. Mus mi tedy ostawić stary cmentarz w spokoju, a nowy gdzie po drugiej stronie przyrządzić.
− To nic nie da panie Jens – rzekł dobitnie wiedźmin. – Nic wam nie pomorze przenoszenie tego cmentarza. Potwór pójdzie tam gdzie będzie żarcie, a jak zgłodnieje porządnie to do wioski przyjdzie i nim zakłujecie go widłami będziesz miał pan pięciu nowych do pochowania.
Zarządca sięgnął do pasa i położył na stole sporawy mieszek. Rozsupłał i podsunął wiedźminowi pod nos.
− Dwieście orenów panie wiedźmin. To wszystko co mogę zaoferować.
− Gdy wrócę tu z jego głową, lepiej dla pana, panie Jens, żeby w tym mieszku było nie dwieście a trzysta. I nie rób pan tych wielkich oczu, bo nie dam się nabrać. Za dużo razy chciano mnie wydymać panie Jens, rozumie pan?
·

Bonhart zbudził się po ciężkim śnie. Sama noc była przyjemna, ale to co wyśnił nie podobało mu się. Dziewczyna, która leżała obok niego z piersiami nie przykrytymi, w ogóle nie przypominała tego co wyśnił. A śnił o wiedźminie, którego nie zobaczył wczoraj w nocy ponownie, mimo że do północy był w karczmie. Czarownik znajdował się na cmentarzu, czegoś szukał. Na plecach zawieszony miał miecz ze srebra, który wczoraj zdobił bok jego klaczy. Później była ciemność, potem walka, olbrzymi potwór o skórze koloru ciemno krwistego. Na końcu znowu był tylko wiedźmin. Zmęczony walką i oporem potwora.
Ale to był przecież tylko sen. Każdemu zdarzają się koszmary. Wstał i ubrał się. Wyjrzał za okno, przez które wpadały promienie wschodzącego słońca. Wiedźmina jeszcze nie było na placu. Jego klacz także stała samotnie. Wyglądało na to, że będzie musiał trochę poczekać na przeciwnika.
Gdy siedział spokojnie na schodach przed domem, czyszcząc powoli głownię swego miecza białą szmatką, usłyszał odgłos otwieranych drzwi za sobą. Kobieta, którą jak to powiedział wiedźminowi: wykorzystał jak kurtyzanę, podeszła nieśmiało i zapytała cicho:
- Czy chcesz może śniadanie? Robię jajecznicę.
Bonhart obejrzał głownie i ocenił stopień połysku. Ocena wypadła pomyślnie. Nagle zdał sobie sprawę co dziewczyna do niego powiedziała. Spojrzał na nią zaciekawiony.
- Chętnie! Przyda się coś na pusty żołądek.
Dziewczyna uśmiechnęła się i pobiegła szybko do domu. Drzwi karczmy nadal były zamknięte, a Bonhart nie zauważył by ktoś, prócz karczmarza, naruszył ich spokój. Łowca szczerze wątpił by wiedźmin uciekł, ale mimo to wykazywał małe zaniepokojenie nadchodzącym południem. Do tej pory nie słyszał by jakiś wiedźmin wykazał się tchórzostwem, raczej rozsądkiem.
Uciekanie przed Bonhartem było bardzo nierozsądne.
Drzwi od karczmy otworzyły się, jednak wyszedł z nich nie wiedźmin ale jakiś przejezdny, który wyglądem przypominał poborcę podatkowego. Łowca wziął głęboki oddech i zaczął wpatrywać się w odległy las. Na tle lasu widać było nieliczne postaci pracujące w polu. Widział jak o poranku chłopi wlekli się na pola, gonieni klątwami zarządcy. Widział jak słońce powoli idzie ku górze. Widział jak kruki, mimo nietypowej dla nich pory, zebrały się na dachu karczmy i przyglądały się mu. Był pewien, że pamiętały go, że wiedzą co zaraz się stanie, był pewien...
Drzwi za nim otworzyły się i zobaczył dziewczynę z miską jajecznicy i trzema pajdami chleba w ręku. Podała mu jedzenie, życząc smacznego i wróciła do domu. Jajecznica na chlebie była świetna. Nie szło porównywać tego z żadnymi karczemnymi paskudztwami. Gdy zabrał się za ostatnią pajdę, najpierw odpowiednio obłożoną jajecznicą, drzwi od karczmy znów się otworzyły. Bonhart rzucił okiem znad chleba i zobaczył wiedźmina z prowizorycznie opatrzonym lewym ramieniem. Nie było po nim widać, żeby jakoś mu to przeszkadzało, zachowywał się jakby ten opatrunek był nie potrzebny. Zamieniał właśnie miecze przy koniu, zapinając swój stalowy oręż na plecach.
- I jak tam bestia, wiedźminie? Widzę, że nie poniechałeś zadania wczorajszej nocy. Potworzysko ziemię gryzie?
- A jakżeby inaczej panie Bonhart? !
- Dobry uczynek zrobiliście wiedźminie, przysłużyliście się wiosce. – Bonhart skończył właśnie przeżuwać ostatni kęs.
- Nie robię tego z dobrych pobudek Bonhart i dobrze o tym wiesz. Tak jak i ty zabijam bo z tego żyję. Różnica polega na tym, że ja zabijam przy okazji dla dobra ludzkości, a ty choćbyś miał zaszkodzić całemu światu to za odpowiednią sumę i tak to zrobisz.
- Może właśnie dlatego wiedźmini nie mają poparcia wśród ludu. Jesteście zbyt konserwatywni. Ktoś kto jest zdolny zabić potwora, sam uważany jest za potwora. Gdybyście wzięli się za każde zlecenie, czy to na człowieka, czy na potwora, ludzie bardziej by was szanowali. Być może stalibyście się ideałem człowieka.
- Niepotrzebna ironia. Ludzie po prostu nie potrafią zaakceptować tego czym jesteśmy, a jesteśmy dla nich zwyrodniałymi mutantami, przeciwnymi naturze, którzy znają się na guślarstwie i walce mieczem jak nikt inny. Są zazdrośni o umiejętności, które według nich dostajemy tylko dzięki praktykom magicznym. Nie wiedzą nic o męczarniach, które przeżywamy za nim staniemy się takimi mutantami.
- Nudzisz mnie wiedźminie. Twierdzisz, że wszyscy ludzie są winni waszym problemom, a nawet ja szanuję was i gdybym miał wybierać między towarzystwem króla a wiedźmina, to wybrałbym wiedźmina. Jesteście bardziej krótkowzroczni od mojej babci. Wielu ludzi was szanuje, wielu pochwala to co robicie dla ludzkości, lecz są jednostki szalone, które nie ścierpią odmienności, które w kilka chwil potrafią podburzyć tłumy nieświadomych. I tłumy takie jak ci chłopi, jak zwykłe mieszczuchy, których postraszy się bogiem i przepowiednią elfiej wieszczki i gotowi są ruszyć na was z widłami w ręku. Ale dość tego wiedźminie, to nie zmienia faktu, że obiecane za ciebie pieniądze są mi potrzebne, a jak to mówią: żadna praca nie hańbi, a człowiek zarabia na życie tym czym umie.
- Stawaj tedy Bonhart i nie gadaj już tyle bo mi się źle robi.
- Wiedźminie. – Zaczął łowca, zatrzymując się naprzeciwko niego dokładnie po środku uliczki. – Albo ty albo ja.
Ruszył wznosząc miecz do góry. Klinga błysnęła w świetle południowego słońca, świsnęła groźnie, lecz na nic nie natrafiła. Wiedźmin spróbował wykorzystać małe zachwianie Bonharta, lecz i on się zdziwił, gdy jego miecz nic nie zastał. Bonhart już atakował od tyłu i w ostatniej chwili czarownik zdołał odbić jego cios. Był strasznie silny. Nikt nie mógł się spodziewać po wyglądzie łowcy, że będzie tak silny.
Teraz wiedźmin cofał się, unikając cięć łowcy, który posługiwał się wiedźmińskim ostrzem z równą sprawnością co jego prawowity właściciel. Ostrze, które teraz Bonhart wykorzystywał w walce z czarownikiem zabrał innemu wiedźminowi. Ostrze wykute z meteorytu. Gdyby walczył swym starym ostrzem w starciu z meteorytowym arcydziełem, nie miałby najmniejszych szans.
Bonhart odbił kontrę i ciął na odlew. Nie trafił. Słońce uderzyło go w oczy. Uderzył na oślep po czym odskoczył szybko, aby czym prędzej pozbyć się rażącego światła z oczu. Wiedźmin doskoczył do Bonharta, lecz nie zauważył, że łowca tak naprawdę się nie zasłania od światła, że stoi w cieniu, że gdy do niego doskoczy to on natychmiast wykona błyskawiczne cięcie.
To właśnie zgubiło wiedźmina.
Bonhart stał nad trupem. Przyjrzał mu się i zerwał amulet z paszczą niedźwiedzia na srebrnym łańcuszku.
- To powinno wystarczyć prefektowi na dowód. Wezmę jeszcze tylko jego miecze i zmywam się stąd.


- Panie Jens! – Bonhart walił do drzwi pięścią. – Wyłaź pan bo pana oskalpuję! Obiecana zapłata mi się należy! No! Wyłaź pan!
Drzwi otworzyły się, stanął w nich zarządca wioski, w ręku trzymając pękatą sakiewkę. Rzucił ją Bonhartowi.
- Jedź pan stąd czym prędzej. Nie wiedziałem, że taki z pana rzeźnik, żeby wiedźmina ukatrupić, ale nie doceniłem pana. Jedźcie stąd, ja trupem się zajmę, ale zabierajcie się stąd czym prędzej. Chłopkowie mieli nadzieję, że wiedźmin potworzyskiem się zajmie, ale ja myślałem, że będzie tu siedział za moje pieniądze w gospodzie i nic nie zdziała.
- Poczwara ubita panie Jens. Ubił ją wiedźmin dzisiejszej nocy. Zaoszczędzicie na nim.
- Bardziej na was bym zaoszczędził, gdybym dał mu odejść. Ale co tam spisał się i chociaż jednemu płacić nie muszę. A teraz idźcie stąd panie Bonhart.
- Żegnam zarządco, wątpię, bym kiedyś jeszcze zawitał do tej wioski.
Drzwi trzasnęły gdy łowca wsiadał na konia. Ruszył na zachód do prefektury, aby odebrać nagrodę. Myślał sobie co będzie, gdy w końcu przyjdzie mu skończyć z zabijaniem i ustatkować się. Powoli odkładał sobie pieniądze na przyszłe życie.
Ale Bonhart nie wiedział, że nie przyjdzie mu zakończyć swej kariery w sposób bezbolesny. Nie wiedział, że nie będzie mógł się ustatkować, że nie będzie miał swojego bujanego fotelika. Nie wiedział, że jego marzenia zostaną zniszczone przez jedną dziewczynę, która nie będzie miała w sobie litości, która będzie zachowywać się jak potwór. Potwór, którego on sam stworzy.

KONIEC




Grzegorz Mikicki

Z podziękowaniem dla mojej przyjaciółki Weroniki
Developed by CD Projekt RED Powered by Bioware Aurora Engine Atari Nvidia Pegi Rating 18 ESRB Rating Mature 17+

"Naprawdę można Wiedźmina z dumą pokazać za granicą i powiedzieć „patrzcie, to nasze, polskie"
- CD-Action